(fot. Paweł Wygoda)
Death Angel miałem okazję przepytać przed ich warszawskim koncertem, na którym promowali swój ostatni krążek Relentless Retribution. Spodziewałem się rozmowy z Markiem Oseguedą lub Robem Cavestanym, a przeprowadziłem ją z Tedem Aguilarem. Jak się okazało był on wdzięcznym i wyczerpującym rozmówcą, więc może i lepiej, że tak się stało. Zapraszam do lektury tego, co Ted miał do powiedzenia m.in. o zakończonej amerykańskiej trasie, nowym składzie zespołu i wizytach w Polsce.
Witam. Jak się udała trasa po USA z Bonded by Blood, Lazarus AD?
Ted Aguilar: Udała się i to bardzo. Lazarus AD i Bonded by Blood to wspaniałe zespoły, a koncerty wyszły świetnie, było lepiej niż się spodziewaliśmy. Wiesz, w Stanach nigdy nie wiadomo czego się spodziewać. Tym razem było więcej ludzi niż na naszej ostatniej trasie po USA. Dlatego jesteśmy bardzo zadowoleni.
A jak do tej pory to wyglądało w Europie?
Ted Aguilar: Jak na razie też jest bardzo dobrze. Pierwszy raz pojechaliśmy do kilku krajów bloku wschodniego, jak Rumunia, Bułgaria, poza tym Istambuł, Grecja. Bywaliśmy już na Węgrzech, czy w Polsce, ale w tych krajach nie graliśmy.
I ludzie dopisali?
Ted Aguilar: Tak, sporo ludzi przyszło, więcej niż się spodziewaliśmy. Nasłuchaliśmy się, że czasami nie jest łatwo grać we Europie wschodniej. Dlatego nie nastawialiśmy się na tłumy, ale zostaliśmy mile zaskoczeni. Do tej pory jest ok.

(fot. Paweł Wygoda)
Nastawiałem się na rozmowę z Markiem, albo Robem, ale na szczęście i ty będziesz mógł odpowiedzieć na to pytanie, bo nowicjuszem w kapeli, to nie jesteś (śmiech). Zgraliście się już dobrze z nowymi w składzie? W Death Angel teraz więcej Scarecrow niż Death Angel (śmiech).
Ted Aguilar: Hahahahaha! No tak. Powiem ci, że wszystko układa się naprawdę dobrze. Znam się z Willem (Carollem przyp. exodusattack) od bardzo dawna, graliśmy razem w kapelach Bay Area od lat 80 tych, wychowaliśmy się na słuchając Death Angel i oglądając koncerty Death Angel. Decyzja Andyego (Galeona przyp. exodusattack) o odejściu nie była dla niego łatwa, on był bardzo żywą częścią zespołu. No ale zrezygnował, bo chciał poświęcić więcej czasu rodzinie, nie chciał już jeździć w trasy. Wiesz, wszyscy dorastamy, starzejemy się i niektórym życie w trasie przestaje odpowiadać. Więc kiedy Andy odszedł, miałem zamiar zasugerować Willa na jego miejsce, ale Mark mnie ubiegł i pierwszy powiedział, że według niego Will da radę go zastąpić. Ja wiedziałem, że Will sobie poradzi, a kiedy przyszedł na próbę, znał już 90 % piosenek. Potem przyszedł Damien (Sisson przyp. exodusattack), ale żeby nie przedłużać i nie nudzić wszyscy się teraz doskonale dogadujemy. Przyjście Willa i Damiena na nowo rozpaliło ogień, który co prawda cały czas tlił się we mnie, Robie i Marku, ale w Andym i Dennisie (Pepa przy. exodusattack) już nie za bardzo. Ci dwaj kolesie sprawili, że ten ogień płonie jeszcze jaśniej. Tak więc wszystko jest super i wszyscy jesteśmy bardzo zadowoleni.
Czy nowi mieli duży wpływ na to jak brzmi Relentless Retribution?
Ted Aguilar: Tak, mieli duży wpływ na nowy album. Tak samo jak to wszystko, co nam się przytrafiło od czasu Killing Season. Odejście Andyego, Dennisa, problemy jakie ja, Mark i Rob mieliśmy w zespole i poza nim, także miały na to duży wpływ. Kiedy Will i Damien do nas dołączyli, zanim jeszcze zaczęliśmy komponować nowe numery, pojechaliśmy z nimi na trasę, żeby zobaczyć jak poradzą sobie w akcji, poznać ich style. Więc kiedy przyszło do pisania Relentless Retribution, Rob, który skomponował całą muzykę, znał styl Willa. Wiedział, że to typowy thrashowy perkusista, że da radę grać mocno i szybko i pod niego pisał te kawałki. Z Andym pisał bardziej grooveowe numery, a z Willem mógł sobie pozwolić na wymyślanie bardziej agresywnego materiału, wiedząc, że sobie z nim poradzi. Tak samo ma się sprawa z Damienem. Więc, tak, zdecydowanie mieli oni wpływ na to, jak ta płyta brzmi.
Na nowej płycie macie dość niespodziewanych gości, duet - Rodrigo y Gabriela. Jak doszło do tej współpracy?
Ted Aguilar: Rob jest dobrym znajomym Rodriga i Gabrieli. Pewnego razu grali oni w San Francisco i Rob wybrał się na ten koncert i tam poznał Rodrigo. Okazało się, że jest on fanem thrash metalu, że lubi Death Angel i całą scenę Bay Area. Potem utrzymali kontakt i pewnego razu, kiedy zaczęliśmy pracować nad nową płytą, Rodrigo wysłał Robowi wiadomość z żartem: hej stary, czemu nie możemy zagrać na Waszym nowym albumie?, a ten odpisał, że chcemy żeby zagrali na naszej płycie i żeby coś na nią skomponowali. Oni byli wtedy w trasie i napisali numer w swoim busie, gdzie mają mobilne studio. Wysłali go do Roba, który nam to puścił, i wszyscy uznaliśmy, że brzmi doskonale i musimy umieścić to na płycie. Więc kiedy skończyli trasę, weszli do prawdziwego studia, nagrali to porządnie, po czym wysłali do Jasona Suecofa, z którym nagrywaliśmy, a on scalił to z naszym kawałkiem.
Udało się Wam przeczytać wreszcie książkę od której wzięliście swoją nazwę?
Ted Aguilar: Nie, nie sądzę, żeby którykolwiek z nas ją przeczytał. Ja na pewno nie, myślę, że Mark też nie i nie wydaje mi się, żeby zrobili to Will i Damien. Gdybym zapytał Roba, to pewnie by powiedział, że nie pamięta czy ją czytał. Jednak szczerze wątpię, że to zrobił.

(fot. Paweł Wygoda)
Od Waszego powrotu na scenę minęło już ponad 10 lat. Spodziewaliście się, że uda Wam się wytrwać tak długo, wydać trzy albumy i zagrać tyle koncertów?
Ted Aguilar: W ogóle się tego nie spodziewaliśmy. Jak pewnie wiesz, na początku zaczęliśmy grać tylko po to, by wystąpić na Thrash of the Titans, dla Chucka Billyego. To miał być tylko ten jeden koncert. Przez cały czas, kiedy kapela była rozwiązana, było wiele zapytań i propozycji koncertów i tras, ale chłopaki zawsze mówili nie. Dopiero ten koncert wydał się dobrym momentem, żeby znów zagrać, nie dla kasy, a dla wyższego celu. Jednak gdy już zagraliśmy, to doszło do nas, jak bardzo fanom brakowało Death Angel. Znów posypały się oferty tras, więc uznaliśmy, że zrobimy jedną, żeby to skończyć. No i od tamtej pory to się tak potoczyło kontrakt z Nuclear Blast, nagranie płyty
Zdaliśmy sobie wtedy sprawę, że to jest właśnie to, co chcemy robić. Jednak nie spodziewaliśmy się, że będzie to trwało tak długo. Wtedy po prostu byliśmy podekscytowani tym, że wróciliśmy.
A która płyta, z tych które nagrałeś z Death Angel jest Twoją ulubioną?
Ted Aguilar: Najnowsza. Mogę ci powiedzieć dlaczego. The Art of Dying ma specjalnie miejsce w moim sercu, bo to pierwsza płyta, jaką nagrałem z chłopakami. Jednak kiedy do niej wracam, to pewnie są tam mocne numery, ale wszystko wydaje się chaotyczne. Wiesz, to była pierwsza płyta po przerwie, wszyscy dojrzeli muzycznie i byli podekscytowani tym nagraniem, wszystkiego było pełno, nie było porządku. Na Killing Season powoli zaczęliśmy się już bardziej zgrywać, wszystko zaczynało być na swoim miejscu. Uważam, że to bardzo mocna płyta i praca z Nickiem Raskulineczem, który jest m.in. producentem Foo Fighters, nauczyła nas nowego sposobu pisania, komponowania i nagrywania. Relentless Retribution lubię najbardziej, bo to bardzo osobisty materiał. Jest bardzo precyzyjny, prawdopodobnie najcięższy. Jak dla mnie to najcięższy i najbardziej thrashowy krążek Death Angel od czasów The Ultra-Violence. Jest osobisty, bo nagraliśmy go po tym wszystkim co przeszedł zespół. Precyzyjny i spójny, bo całą muzykę napisał Rob, a my totalnie się zgadzaliśmy z tym co wymyślił. Również jeśli chodzi o teksty, Mark i Rob nadawali dokładnie na tych samych falach. Chcieliśmy też mieć metalowego producenta do tak ciężkiej płyty, myśleliśmy o kimś w stylu Andyego Sneapa, ale wybraliśmy Jasona Suecofa, dlatego że brzmienie jakie nadaje kapelom podobało nam się najbardziej. I odwalił kawał dobrej roboty z naszym krążkiem. Także jak do tej pory Relentless Retribution to mój ulubiony album.
To kolejne pytanie, na które łatwiej by było odpowiedzieć Markowi albo Robowi, ale może dasz radę. Nie żałujecie tego okresu, który straciliście kiedy byliście nieaktywni? Myślicie czasem, że Wasza pozycja na scenie mogła by być jeszcze lepsza?
Ted Aguilar: Gadałem o tym z Markiem i Robem. Oni twierdzą, że to dobrze, że rozpadli się kiedy byli na topie, a nie ciągnęli to na siłę dalej, bo rozpadło by się i tak. Było wtedy dużo napięć w zespole, podjęli złe decyzje biznesowe, nie bardzo wszystko się układało zły management, zły agencja blokująca koncerty, małe zainteresowanie wytwórni płytowej. Dodatkowo dało im to szansę, na eksplorowanie innej muzyki, założyli The Organization. Więc nie żałują, że się wtedy rozpadli. Dzięki temu kapela zyskała taki status, jaki ma teraz.
Czego prywatnie teraz słuchacie? Podejrzewam, że nie siedzicie w samym thrashu?
Ted Aguilar: Wszyscy słuchamy bardzo różnej muzyki. Od Eltona Johna, Steviego Wondera, Led Zeppelin po Iron Maiden, wiesz - klasyki. Rob i Mark słuchają głównie klasycznych rzeczy, Damien słucha dużo rocka z lat 70-tych. Ja też słucham dużo klasyki, jak Mercyful Fate i Metallica, ale sprawdzam również nowości, Will z kolei jest wielkim fanem death metalu, uwielbia Suffocation. Także słuchamy najróżniejszych klimatów, jakbyś włączył shuffle w naszym iPodzie na trasie to leciało by wszystko: od metalu, rocka, popu do rnb (śmiech).
Powiedziałeś, że lubisz Mercyful Fate, a znasz może taki młody szwedzki zespół Ghost?
Ted Aguilar: TAK! Niedawno wreszcie go usłyszałem. Damien to puścił i pytam go, co to jest, bo brzmi jak Mercyful Fate. On na to, że to pewien undergroundowy zespół ze Szwecji. Nieźli są, bardzo oldschoolowi.
Na koniec powiedzcie mi jeszcze jak wspominacie poprzednie wizyty w Polsce i czego się spodziewacie po tej? Oprócz dużych ilości Gorzkiej Żołądkowej, (śmiech).
Ted Aguilar: Bardzo dobrze. Fani są głośni i zwariowani. Wszystkie nasze występy w Polsce, były wspaniałe, jak choćby w zeszłym roku z Deicide i wcześniej na jakimś openerze z Testament. Poza tym muszę przyznać, ze jesteście niesamowici kiedy przychodzi do picia Gorzkiej Żołądkowej (śmiech). Wariactwo. A po tym razie spodziewamy się tego samego, czyli dobrej zabawy. Mamy przekrojowy set, godzinę czterdzieści, zagramy kawałki z całej dyskografii. Oby było tak dobrze, jak z Kataklysm w tym samym miejscu dwa lata temu. Z Polskich koncertów dobrze jeszcze wspominam to, że ludzie naprawdę doceniają naszą muzykę, śpiewają kawałki. I na to też czekam. Czy będzie tłum, czy mało ludzi, i tak będzie świetnie.
Dzięki za wywiad!
Ted Aguilar: Dzięki.