Jeszcze niedawno nie miałem pojęcia, że Bartek Świderski, aktor znany z seriali takich jak Magda M., czy Tylko miłość jest także muzykiem. Okazało się, że Bartek ma już na koncie jedną płytę z zespołem Grejfrut, a przygotowywany od kilku lat autorski album właśnie ujrzał światło dzienne. Już pierwsze minuty rozmowy przekonały mnie, że Bartek nie jest jakimś tam kolejnym, śpiewającym aktorem, ale facetem, który żyje muzyką i odnajduje się w tym, co robi. Zaskoczył mnie tym, że odpowiedzią na pierwsze pytanie uprzedził trzy następne.
Zacznijmy od tego, skąd wzięło się zainteresowanie filmem. Dlaczego wybrałeś właśnie aktorstwo?
Film, aktorstwo, chęć zostania aktorem przewalała mi się po głowie już w latach licealnych. Kiedy zacząłem grać w teatrze amatorskim, miałem z tego ogromną frajdę i czułem, że sprawia mi to ogromną przyjemność. Wcześniej myślałem o weterynarii, historii sztuki, różne kierunki chodziły po głowie. Nagle tutaj okazało się, że jest to robota, jest to zajęcie, spędzanie czasu, kontakt z ludźmi, praca nad tym wszystkim plus ten efekt w postaci spektaklu z publicznością. To wszystko jakoś tak dojrzało we mnie i skumulowało się w decyzji, którą podjąłem i zdecydowałem się na to, żeby startować do szkoły filmowej. Później był jeszcze też taki mocny dla mnie impuls i upewnienie się, że to jest to. Jak pojechałem do szkoły filmowej na dwa dni na warsztaty, poczułem jak to tam wygląda, tę atmosferę szkoły filmowej, tego wydziału aktorskiego, tych ludzi, tego takiego... nazwijmy to jednej rodziny. Bardzo mi się to podobało, zresztą to naprawdę robi wrażenie. To jest zupełnie coś innego, jeśli masz 70 osób na całym wydziale, czyli po piętnaście-osiemnaście osób na roku, to wszyscy się znają, to jest kompletnie inny sposób studiowania. W ogóle jak studiuje się w szkole filmowej, to siedzisz od rana do wieczora w szkole. Po prostu, to jest jakby zamknięte miasteczko, tak można to nazwać. Po prostu się kształcisz. Możesz oglądać filmy, są małe kina dla studentów. Oczywiście też cały czas kontakt z reżyserami, operatorami, robienie wspólnych etiud. To wszystko razem daje pewien taki niepowtarzalny klimat. Te dwa dni spędzone w szkole filmowej upewniły mnie, że muszę zrobić wszystko, żeby się tam dostać. Nie udało się to za pierwszym razem. Później przez rok byłem w Lart Studio w Krakowie, w takim dwuletnim studium aktorskim. Po roku udało się zdać do szkoły filmowej. Z czego jestem bardzo szczęśliwy, bardzo dumny. Skończyłem studia moich marzeń, to naprawdę wspaniały okres... w ogóle Łódź i te lata to naprawdę czas, który bardzo miło wspominam.
A zainteresowanie muzyką to też jakby od najmłodszych lat. Miałem dziesięć lat, jak już nagrywałem co poniektóre audycje i słuchałem Depeche Mode na przykład. Pamiętam, że jedna z moich pierwszych kaset, którą właśnie nagrałem, to były single Depeszów. To był chyba 85 rok, o ile dobrze pamiętam. Miałem wtedy 11 lat. W ogóle to słuchanie muzyki było dla mnie, zresztą do dzisiaj jest, takim oderwaniem od rzeczywistości i to jest coś, co mi się bardzo podoba. Ja nie potrafię funkcjonować bez muzyki. Ja po prostu wstaję i leci muzyka, zasypiam z muzyką i to jest naprawdę moja pasja. Nie wyobrażam sobie życia bez słuchania muzyki.
To wszystko tam, już w tych latach licealnych, zaczęło na tyle dojrzewać, że postanowiliśmy z grupą kumpli, którzy też byli zasłuchani w podobnych klimatach, założyć kapelę. Jak już wspominałem, to były klimaty od 4AD przez Bauhaus, Talking Heads, Television, Police, Pixies, Jane's Addiction... to był taki okres. Już nie mówię przecież o tym, że w okolicach mojej matury rodził się grunge czy trip-hop. To wszystko były lata 90, to zaczęło wszystko dojrzewać. W wieku 15 lat założyliśmy pierwszą kapelę, z którą graliśmy przez całe liceum. Bardzo sympatycznie było. Później każdy z nas poszedł w swoją stronę, i to się rozeszło. Ja wtedy zdałem do szkoły filmowej. Szczerze mówiąc, sądziłem, że to już koniec i już nawet poważnie o tym nie myślałem, że to może się inaczej potoczyć. Natomiast to wszystko jakoś gdzieś tam wróciło. To było po studiach, jak tutaj trafiłem do Warszawy do teatru Studio. Nie miałem też zbyt dużo roboty i ten wolny czas chciałem czymś wypełnić. No i nagle, po prostu, na jakieś imprezie od słowa do słowa z jakimś kolegą, koleżanka gdzieś tam powtórzyła, okazało się, że jest zespół, który potrzebuje wokalisty. Tak się zaczęła historia z Grejfrutem i z tą naszą jedną płytą i z Opolem, to było też niesamowite doświadczenie. Ale później się to niestety rozeszło, nie udało nam się drugiej płyty nagrać. Marcin Ciempiel zaczął grać z Wilkami od nowa. Piotrek Nalepa grał jeszcze z ojcem. Więc to wszystko się nam niestety rozeszło i tak się to ułożyło.
Ten pomysł na taki solowy, autorski album gdzieś tam, przez te lata, po głowie przewalał. Ja też się zmieniałem, nie wiedziałem do końca, jak by to miało wyglądać. No i w pewnym momencie tak się to wszystko poukładało ja miałem trochę więcej czasu, udało się zrobić demówkę, zarysować, o co mi chodzi, jakie to mają być klimaty. Spotkałem wtedy Bartka Dziedzica, producenta, od którego się bardzo dużo nauczyłem, który jest współautorem tej całej płyty i producentem. Bardzo się cieszę, że ta współpraca zaowocowała takim projektem. Z pewnością dużym plusem było to, że jesteśmy z Bartkiem w tym samym wieku, więc wychowywaliśmy się tak naprawdę na tej samej muzyce. Mieliśmy pewnego rodzaju wspólną wizję, potrafiliśmy się praktycznie bez problemu dogadać co do kierunku. No i udało się to zakończyć tym krążkiem, którego miałeś chyba ochotę... możliwość posłuchać.
Miałem... i ochotę zresztą też. Powiem szczerze, że nie spodziewałem się takiej muzyki. Jeszcze jak dowiedziałem się, że wydaje to Mystic, wytwórnia zajmująca się do tej pory muzyką metalową, z paroma wyjątkami, to byłem zdziwiony i... raczej zadowolony ze słuchania tej płyty. Skoro jesteśmy przy Mysticu, przy wytwórni metalowej: Jakie to uczucie nagrywać płytę trudną do zakwalifikowania do jakiegoś konkretnego gatunku, w wytwórni która zajmuje się głównie muzyką metalową, z paroma wyjątkami jak Riverside, czy Czesław Śpiewa?
Czy Gaba... Oni już tu byli. Wiesz, podczas nagrywania tej płyty myśmy mieli z Bartkiem określone założenie, że... przede wszystkim nie mieliśmy wydawcy, nie mieliśmy żadnej wytwórni pod sobą, a każdy z nas doświadczył tzw. majstrowania wytwórni przy materiale. To akurat się nie tyczy Mystica, bo oni są bardzo otwarci na artystów i nie ingerują w to i chwała im za to. Natomiast doświadczyłem majstrowania i nie jest to fajne. Nagle okazuje się, że materiał, pod którym się podpisujesz, nie do końca się z nim identyfikujesz, bo ktoś Ci po prostu pozmieniał kolory i to nie miało być tak. Ale to już zostawmy. W każdym razie my robiliśmy tę płytę z nastawieniem, że chcemy zrobić album, z którego my będziemy zadowoleni, taką płytę, którą my byśmy chcieli usłyszeć i... Zresztą to słychać, że to nie jest płyta nastawiona na komercyjny sukces. To jest to, co gdzieś w nas siedziało, to jest to, co nam się podobało, to jest to, z czego jesteśmy zadowoleni. Brzmienie, które nam się udało w jakiś tam sposób pokazać i tak naprawdę chłopaki z Mystica dostali już efekt końcowy. Cieszę się bardzo, że od razu był odzew pozytywny. A to, że jest to wytwórnia, która zajmuje się muzyką metalową, czy tzw. offowymi artystami, to tym bardziej in plus dla całego materiału, bo trafiliśmy krótko mówiąc pod właściwy adres.
Właśnie, jak już o offowych artystach. Jesteś jakąś alternatywą wobec polskiej sceny, na pewno popowej, sceny rockowej też. Jak się czujesz będąc taką alternatywą? Słuchając Twojej płyty można stwierdzić, że jest to płyta robiona bardzo dla Ciebie. Dlatego dobrze się jej słucha, bo słuchamy muzyki dla siebie. Jakie to jest uczucie nagrywać taką osobistą płytę i być alternatywą wobec polskiej muzyki, a potem zobaczyć swój teledysk na Onet.pl?
Zacznę od tego, że od początku miałem świadomość... może nie świadomość, to gdzieś było obok i to było oczywiste dla nas, że to jest płyta autorska, że muzyka jest autorska, i nie próbujemy w żaden w nurt się wpisywać. To z jednej strony było założenie, ale to jest takie założenie, które sprowadza się do zdania Robimy swoje. Robimy swoje, nieważne co i jak, po prostu robimy coś swojego. Przyznam się szczerze, na początku, jeszcze półtora roku temu nie wiedziałem, że ja zrobię całą tę płytę, że napiszę wszystkie teksty... Ja oczywiście tam przy Grejfrucie rozmawiałem z tekściarzami, którzy pisali, ale nigdy nie czułem się na tyle mocny, na tyle pewny siebie, żeby napisać całą płytę. Tylko, że to troszeczkę zaczęło samo z siebie wychodzić. Rozmawiałem z niektórymi osobami, które próbowały coś pisać, to nie było cały czas to, o co mi chodziło, co by było integralne z tą muzą, co będzie też trochę inne i... trochę się to tak zaczęło, że jeden tekst napisałem, potem próbowałem coś z kimś tam, drugi tekst, trzeci. Bardzo dużo mi w tym Bartek pomógł, który upierał się od samego początku i namawiał mnie do tego, żebym absolutnie zacisnął zęby i zaczął pisać te teksty, bo przede wszystkim on uważa, że to jest bardzo dobre, po drugie, uważa że to jest moje, co jest bardzo ważne i ja wiem, co chcę przekazać. To, co będę pisał, będzie integralne albo w jakimś stopniu tak umiejscowione, że będzie dopełniało w interpretacji tę muzykę, bądź na odwrót muzyka będzie dopełniała ten tekst. Tak to się zaczęło fajnie układać, że chyba się udało, że te teksty są bardzo często dopełniane przez to, co się dzieje pod spodem, w warstwie muzycznej. Masa rzeczy, to są moje przeżycia z podróży, to moje postrzeganie rzeczywistości, tak to nazwijmy, które tam zamknąłem w tych wersach. Natomiast, ja sobie też założyłem, że wszystkie teksty będą w pierwszej osobie. Nie wszystkie teksty pisze się w pierwszej osobie, prawda? Założyłem sobie, że najprościej będzie mi pisać w pierwszej osobie, wtedy to będzie prawdziwsze i uniknę... Ja nie lubię takiego w tekstach nazwijmy to pouczania, że o, e, zrób to, powiedzą ci coś, oni to coś tam. Chciałem się skupić na tym, co się dzieje u nas pod głową, bo to postrzeganie naszej rzeczywistości czasami jest naprawdę bardzo trudne. Też nie jest to proste napisać taki tekst, który płynąłby ze środka, a jednocześnie nie był infantylny czy pretensjonalny, tylko szczery. Żeby to było szczere, prawdziwe, a jednocześnie interesujące. Na tyle, na ile, to się według mnie udało, dlatego to zostawiłem i zamknąłem w takiej formie.
Teraz pytanie, które ja osobiście bardzo lubię, o inspiracje. Co było największą inspiracja do stworzenia tego albumu, zarówno jeśli chodzi o muzykę, czy o inspiracje życiowe?
Szczerze mówiąc jeśli chodzi o teksty, krótko mówiąc, inspiracje szły z głowy, z życia i z podróży. Jest tam część moich przeżyć. Ta płyta powstawała przez kilka lat, związku z tym przez te kilka lat kilka rzeczy w moim życiu się przewartościowało, przemieliło, przetrawiło i dałem temu upust w tych tekstach. Różnego rodzaju rozczarowania rzeczywistością, związkami, różnymi rzeczami, to tam znalazło swoje odbicie... i też podróże. Podróże... Często pisałem w poczekalniach. Lubię w ogóle poczekalnie, poczekalnie mają jakieś takie zawieszenie. Coś takiego jest, że tam czas nie płynie. Tam jest coś takiego, że się zawieszamy i jesteśmy gdzieś pomiędzy jesteśmy już po jakimś etapie, ale przed następnym. To jest takie miejsce, taki moment, gdzie wszyscy próbują znaleźć sposób na zabicie czasu. Czy na zabicie, czy na spędzenie, to różnie to bywa. Ja na przykład na lotniskach lubię usiąść w takim miejscu, że widzisz jak samoloty lądują. To jest fantastyczne uczucie, bo masz niebo, chmury najpierw pojawia ci się taki punkcik, tylko kropka. Kropka zaczyna rosnąć i to się nagle kończy lądującym samolotem. To jedno z moich ulubionych zajęć na lotniskach wpatrywanie się w ten punkt, kiedy się gdzieś tam pojawia. W ogóle obserwowanie ludzi, ja jestem typem obserwatora. Uwielbiam to robić właśnie w poczekalniach, usiąść gdzieś z boku i obserwować, co robią ludzie, notować, patrzeć, która godzina, co się dzieje, co ktoś zrobił. To też jest moje ulubione zajęcie, pod względem aktorskim przyglądanie się ludziom z boku, podglądanie ich zachowań, sposobu poruszania się. Tak po prostu. Mam coś takiego, że lubię obserwować typy ludzkie. To jest dla mnie bardzo ciekawe. Uwielbiam też, na jakichś placach, na ulicach, w różnych miastach usiąść sobie i kilka godzin oglądać to, co się dzieje. Poza tym, na swoich wyprawach mam ze sobą dyktafon, na który nagrywam ulice, nagrywam wiatraki hotelowe, nagrywam skrzyżowania, nagrywam różnego rodzaju dziwne odgłosy. Noc... noc jest fantastyczna, bo wtedy się wszystko wyostrza, cykady, nie cykady, koty, psy szczekające, motocykl przejeżdżający. To niesamowite, przyjeżdżasz, puszczasz sobie coś takiego na słuchawkach i naprawdę tam jesteś. Na Hotelu Isabel na początku jest taki fragment, kiedy idzie taka Indianka, tego nie wiemy, to było w Mexico City, na Zocalo. Ona szła i miała ze sobą papierosy na sztuki, lizaki, czekoladki, taki typowo odpustowy zestaw. Ja usłyszałem po prostu, wychodziła mi gdzieś zza pleców, ja zawsze mam dyktafon przygotowany. Słyszę, że wychodzi babka i leci mantrę. Momentalnie włączyłem dyktafon, zacząłem iść za nią. Przeszedłem jakieś sto metrów, nagrałem ją i jak to odsłuchałem, wiedziałem, że to musi się znaleźć na płycie. A Hotel Isabel to jest taki hotel w Mexico City, dla tzw. turystów z cienkim portfelem, ale ma to niesamowity klimat i tego się nie da opisać. Plus zielone taksówki, bo w Meksyku wszystkie taksówki to zielone Garbusy. To coś niesamowitego, to jest zabawne, urocze i jednocześnie irytujące, wtedy kiedy cały czas Ci pod oknami jeżdżą garbusy, które jak wiemy nie należą do cichych samochodów. Jak Ci takich kilka rusza ze skrzyżowania, to jest dosyć głośno. Tutaj złożyło się kilka elementów, które zainspirowały mnie do tego, żeby zacząć jakiś tam fragment Hotelu Isabel, jeśli chodzi tekst. Później powstało to, co powstało. Teledysk również, to było nagrywane przeze mnie ulice, miasto, ludzie, to wszystko, co tam widzimy na teledysku, plus również fragmenty ze studia. Także rzeczywistość, inspiracje to życie, podróże i obserwacje rzeczywistości.
Teraz inspiracje muzyczne. Ja myślę, że przede wszystkim we mnie, może to nie do końca wychodzi, ale dobrze że nie wychodzi, jest to jakaś wypadkowa tego wszystkiego, co słuchałem. Z tego co pamiętam z Bartkiem, może tego nie słychać, byliśmy pod dużym wrażeniem solowej płyty Thoma Yorkea, która klimatycznie nas bardzo nastrajała. Myśmy się nie starali iść w takim kierunku. Natomiast pamiętam, że ten Eraser Thoma Yorkea był naszym klimatem. Poza tym to wszystko, co gdzieś tam każdy z nas słuchał. Począwszy od Toma Waitsa, przez Massive Attack, klasykę, jazz, już nie mówię o takich tuzach jak Keith Jarrett, jestem też dużym fanem Erika Truffaza, jestem też fanem Massive Attack, Bartek również, czy Depeche Mode. Jeśli słuchasz pewnych rzeczy, no to jakieś nazwijmy to koleiny w Tobie zostają. Myślę, że to jest jakaś wypadkowa wszystkiego, czego słuchaliśmy, i przed naszym spotkaniem, i w trakcie, i teraz.
Jak myślisz sam o sobie czujesz się bardziej śpiewającym aktorem, czy grającym w filmach muzykiem?
To jedno z moich ulubionych pytań. Rozumiem, że ludzie mają prawo do tego i ja to akceptuję, do tego, żeby próbować sobie jakoś zaszufladkować, bo wtedy będzie prościej. Ja to pozostawiam tym, którzy mają taką potrzebę. To są dla mnie dwie różne rzeczy. Aktorstwo to jest aktorstwo, a robienie swojej muzyki, w ogóle, słuchanie, obcowanie, interesowanie się muzyką, to jest druga część mojego życia. Jestem aktorem od wejścia na plan do końca zdjęć. Zjeżdżam do domu, jestem Bartkiem Świderskim, ja nie żyję aktorstwem po pracy. Bardziej żyje muzyką, w sensie takim, że jest to moja pasja, wracam do domu i słucham muzyki. Więc też nie czuję się aktorem śpiewającym, bo aktor śpiewający kojarzy mi się z piosenką aktorską, a ja nie uprawiam piosenki aktorskiej. To jest bardziej piosenka autorska, jeśli już musimy to jakoś nazywać. Zwłaszcza, że w piosence aktorskiej najczęściej śpiewa się czyjeś numery. Mamy do czynienia z moim materiałem, z naszym materiałem, wspólnie zrobionym z Bartkiem i ja nie śpiewam cudzych rzeczy, jako takich, tak jakby to się mogło kojarzyć z piosenką aktorską. Aktor śpiewający, ja się z tym określeniem nie identyfikuję. Jestem aktorem, który zrobił własną płytę z fantastycznymi muzykami, z fantastycznymi ludźmi, bo pasja i hobby to fantastyczna sprawa. Jeśli się to ma, to często pozwala oderwać się od rzeczywistości, poświęcić swój wolny czas. Ja każdy swój wolny czas poświęcałem temu, bo robienie własnej płyty to była dla mnie ogromna frajda, przyjemność i coś, z czego jestem szczęśliwy, że udało się to zrobić. Gdybym to odpuścił, to pewnie bym sobie w brodę pluł, że nie dociągnąłem tego do końca. Mam tę satysfakcję, że się udało i mam nadzieję, że znajdzie się wiele osób, które wejdzie w ten klimat i będzie sięgało po mój album, bo mam wrażenie, że warto.
