Na początek trochę teorii. Zacznijmy od tego, że coś takiego jak Wielka czwórka thrash metalu nigdy nie istniało. To zwyczajny chwyt marketingowy, z resztą bardzo dobry, który nadal działa pomimo 20 lat istnienia. Amerykanie mieli swoją Wielką czwórkę, a Niemcy Trójcę (Sodom, Kreator, Destruction) i było fajnie. Z tą czwórką jest tylko jeden malutki problem Tylko jeden z tych zespołów nadal nagrywa thrash metal. Który? Slayer, oczywiście. Pozostałe albo wykonują jakieś około-thrashowe hybrydy zwane groove metalem (Anthrax) albo grają nawrócony heavy metal dorzucając do tego trochę thrashu (Megadeth) albo nazywają się Metallica.
Objazdowy festiwal Sonisphere i cały szum wokół nie był zbyt przekonujący. Jeszcze mniej przekonujący był kiedy okazało się, że będzie to raczej festyn niż festiwal (Xboxy, karuzela itd.). Jednak przekonywał skład nie powtarzalna okazja żeby zobaczyć wszystkie cztery zespoły na jednej scenie - oraz fakt, że wszystko organizuje Live Nation, a ta nazwa oznacza organizacje na najwyższym poziomie. Weźmy np. obecność zespołu Behemoth Dobrze, że organizatorzy zadbali o polski akcent, a jaki inny polski, metalowy zespół mógłby wystąpić na jednej scenie z formacjami tego kalibru? W tej chwili chyba żaden. Kolejnym pozytywnym elementem były telebimy powieszone zarówno przy scenie, na scenie, jak i na rusztowaniach z głośnikami gdzieś w połowie drogi między sceną, a ostatnimi widzami. Duża ilość punktów gastronomicznych była kolejnym atutem.
Behemoth Muzycznie nigdy nie należeli do grona moich ulubieńców. Ostatnie zamieszanie wokół tego zespołu też mało mnie interesuje, ponieważ nie ma żadnego wpływu na wykonywaną przez nich muzykę. Trzeba im jednak oddać to, że ich występy zawsze są na bardzo wysokim poziomie mimo niezbyt adekwatnych i mocno infantylnych, konferansjerskich tekstów Nergala. Wysoki poziom tak, ale nie w słoneczne popołudnie. W takich warunkach nie mieli nawet połowy tej mocy, którą mają przy sztucznym świetle. Reakcje publiki były różne: od skrajnie negatywnych, bo bardzo, bardzo pozytywne.
Anthrax Po przetasowaniach na stanowisku wokalisty (w ciągu roku przez zespół przewinęło się trzech) Scott Ian zdecydował się jednak na ponownie zatrudnienie Joeya Belladonny (przynajmniej na tę trasę), co moim zdaniem było błędem. Nie wiem, w jakich okolicznościach z zespołem, po raz kolejny rozstał się John Bush, ale widziałem Anthrax z oba panami i ten drugi sprawdzał się o wiele lepiej, nawet w starszych numerach. Między Anthrax, a Behemoth była bardzo krótka przerwa techniczna i może właśnie to miało taki wpływ na brzmienie, ponieważ na samym początku występu Amerykanów słychać było niewiele. Sytuacja została szybko naprawiona i świetne, hiciarskie Indians zabrzmiało już dobrze. Potem było już tylko lepiej Antisocial, rewelacyjny Mad House, trybut dla niedawno zmarłego Ronniego Jamesa Dio fragment Heaven and Hell podczas Only, N.F.L. i na koniec pełne mocy, zagrane z niesamowitą energią I Am the Law. Pod koniec koncertu nawet wokal Belladonny przestał być irytujący, a Anthrax po raz kolejny udowodnił że ma TO coś. Jednak jedna rzecz nie dawała mi spokoju skoro są tacy wielcy to dlaczego grają tylko 35 minut. Rozumiem festiwal, hierarchia, ale jednak... Pełen niedosyt mimo wszystko pozostał.
Megadeth Anthrax wprowadził publikę w thrashowy nastrój, ale niestety bardzo szybko Megadeth z niego wyprowadził. Sądząc po reakcji audytorium jak tylko na scenie pojawiła się ruda czupryna Mustaine, był to najgorzej przyjęty zespół całego festiwalu. Trudno się temu dziwić. Mimo świetnego setu: prawie całe Rust in Peace (niestety bez Dawn Patrol), Symphony Of Destruction, Peace Sells oraz jedyny numer z najnowszego Endgame, który można zaliczyć do grona bardzo dobrych Head Crusher. Szkoda, że w parze ze świetnymi utworami nie poszło także świetne wykonanie. Megadeth od początku brzmiał słabo i nie było w tym winny nagłośnienia, czy osób się nim zajmujących. Jak zwykle bardzo statyczny Mustaine nie potrafił wykrzesać z siebie ani trochę dawnej ikry. Nie było w tym występie energii, nie było powera, niestety. Pozostali panowie bardzo się starali, ale popularny (a nawet niepopularny) Rudy skutecznie ich zagłuszał swoimi irytującymi skrzeko-piskami, z których jest znany. Trudno było się cieszyć najlepszymi utworami z repertuaru Megadeth przy takim poziomie ich wykonania. Był zdecydowanie najsłabszy występ tego wieczoru.
Slayer Niesmak pozostawiony przez Megadeth bardzo szybko uleciał gdzieś ponad wielką scenę, ponieważ na scenę właśnie wchodził Slayer. Przyznaję, że był to mój największy faworyt spośród wszystkich, którzy wzięli udział w polskiej edycji Sonisphere Festival w Warszawie. Przed ich występem miałem pewne obawy od kilku lat trafiam na koncert Amerykanów przynajmniej raz w roku i przez ostatnie dwa lata nie było z nimi zbyt dobrze. Szczególnie z Tomem Arayą, który nie dawał rady ze śpiewaniem, a raczej krzyczeniem całych utworów. Jednak tego dnia, na lotnisku Bemowo panowie pozytywnie mnie zaskoczyli i zagrali rewelacyjny koncert., którego jedyną wadą była długość. Slayer dostał od organizatorów tylko godzinę, co nie pozwoli im na wykonanie np. Cult, czy Seasons in the Abyss.
Zaczęli tytułowym utworem z najnowszego World Painted Blood, potem szybki Jihad, w którym Tom Araya pokazał swoją wokal klasę i udowodnił, że naprawdę jest z nim o wiele lepiej. Potem było coś starszego punkowa galopada War Ensemble, rewelacyjne Dead Skin Mask, a pomiędzy nimi przerywnik w postaci Hate Worldwide. Niestety euforia trochę opadała przy niepotrzebnym Beauty Through Order, ale zaraz potem sięgnęła szczytu przy uwielbianym przez fanów, wykonanym po mistrzowsku Angel of Death. Następnie Disciple i do końca już tylko utwory ze świetnych, wczesnych płyt zespołu rewelacyjne: Mandatory Suicide, Chemical Warfare, South of Heaven i najbardziej oczekiwane Raining Blood. Było pięknie, o ile w ogóle muzyka metalowa może być piękna. Niedosyt nadal pozostał, ponieważ koncert Slayera był zdecydowanie za krótki.
Metallica Tego niedosytu nie była w stanie wypełnić nawet największa spośród gwiazd wieczoru Metallica, która pomimo bardzo dobrego show nie przebiła Slayera. Do ich koncertu nie ma, z której strony się przyczepić. Nie naganne brzmienie, dobre wykonanie starych utworów, setlista dokładnie taka jakiej, na tym etapie ich kariery, można było się spodziewać, a rzekome pomyłki Kirka Hammeta, czy wygląd i konferansjerka Jamesa Hetfield to rzeczy tak mało istotne, że nie warto nawet zwracać na nie uwagi. Niby wszystko było dobrze, nawet bardzo dobrze, niby Metallica zaprezentowała się najlepiej jak mogła, ale czegoś temu wszystkiemu jednak brakowało. Może to już nie ten sam zespół, może mieli z dużo wypadków w postaci nie-dokońca-udanych płyt, może... Osobiście uważam, że czegoś było za dużo Zdecydowanie za dużo było hiciarskich utworów zwanych balladami. Nie potrzebne były to Nothig Else Matters. W końcu ile można? Widać fani nadal twierdzą, że można i dlatego Metallica zgra ten utwór na każdym swoim koncercie.
Rozpoczęli mocnym, thrashowym akcentem w postaci Creeping Death, następnie For Whom the Bell Tolls i szybki, ostry, ale też bardzo rockowy Fuel. Znowu powrót do starszych płyt i świetne The Four Horsemen i Fade to Black. Niestety, potem nastąpił mały spadek formy w postaci That Was Just Your Life, Cyanide z tych refrenem, który tak długo postoje w głowie, Sad But True i Welcome Home (Sanitarium) (podczas tego utworu w górę poszły zapalniczki i telefony, które były lekko mówiąc mało adekwatne. Nie trzeba być anglistą żeby zrozumieć, że tekst tego utworu traktuje o szpitalu dla psychicznie chorych). Na szczęście, zrehabilitowali się znośnym jak na utwór z Death Magnetic All Nightmare Long, rewelacyjnie zagranymi One, Master of Puppets i Blackened. Na koniec, zostawili Nothing Else Matters i tutaj pozostawię pauzę... oraz świetny Enter Sandman. Jeszcze bisy: Stone Cold Crazy z repertuaru Queen zagrane w medleyu Hit the Lights oraz niesamowite, szybkie, pełne energii, punkowe Seek and Destroy, podczas którego większość fanów zaczęła opuszczać teren festiwalu. Na koniec kolejna obietnica szybkiego powrotu (tej z Chorzowa, sprzed dwóch lat dotrzymali) i kilka słów o niesamowitej atmosferze.
Podsumowując, muzycznie warszawski Sonisphere Festival wypadł bardzo dobrze. Tak zwana Wielka czwórka pokazała klasę, z wyjątkiem Megadeth oczywiście. Najlepiej wypadł Slayer, a Tom Araya po raz kolejny olśnił fanów swoimi urokiem osobistym i możliwościami wokalnymi. Organizacyjnie też wszystko było w porządku dźwięk, ilość punktów gastronomiczne, ilość toalet. Że piwa nie można było pić? Można było, ale tylko w wydzielonych strefach, gdzie kolejki były bardzo dużo i sporo z tego napoju lądowała na ziemi. Jednak, lepsze to niż nic. Jeszcze niedawno podczas koncertów na lotnisku Bemowo, Torwarze, czy w katowickim Spodku piwa spożywać w ogóle nie można było (obiekty sportowe), a teraz jest to możliwe tylko w wydzielonych strefach. Cała ta sprawa z piwem, jak widać bardzo ważnym dla metalowców, miała też swoje dobre strony zacznie ograniczyła ilość podchmielonych na śpiąco panów i pań.