Nie takiej pogody życzyli sobie fani, którzy zgromadzili się w niedzielę na stadionie Polonii, by zobaczyć koncert Eltona Johna. Warszawa przywitała Brytyjczyka iście angielską pogodą. Deszcz poprzedzony gwałtowną burzą, ani na chwilę nie odpuszczał. Tak jak fani, którzy mimo niesprzyjającej aury, cierpliwie czekali na rozpoczęcie koncertu. Uzbrojeni w parasole i odziani w kolorowe płaszcze przeciwdeszczowe (za które trzeba było słono zapłacić 10 zł) wyglądali niczym bajkowe Teletubisie.
Kiedy tuż po godzinie 19.00 muzyk wkroczył na scenę, publiczność ożywiła się na dobre. Ubrany w bogato zdobioną marynarkę i nieodłączne okulary przeciwsłoneczne, dziękował publiczności, że wytrwała w taką pogodę. Jednocześnie zapewnił, że wieczór mimo wszystko będzie udany. Słowa dotrzymał. Pełen młodzieńczego wigoru, wdzięku i serdeczności, zarażał publikę dobrą energią. Co kilka piosenek wychodził zza fortepianu, na którym grał, by nawiązać kontakt z publicznością.

Chociaż artysta nie grzeszy wiekiem, to na jego koncert przyszło wielu, często znających na pamięć każdy utwór, młodych fanów. Zarówno starsi, jak i młodsi miłośnicy jego muzyki bujali się w rytm największych przebojów takich jak Rocket Man, Sacrifice, Something About The Way You Look Tonight czy Sorry Seems To Be The Hardest Word. Pojawił się też utwór Candle In the Wind, muzyk jednak wbrew wcześniejszym zapowiedziom, nie zadedykował go ofiarom katastrofy pod Smoleńskiem. W trakcie bisów nie zabrakło jednego z najbardziej rozpoznawalnych utworów Eltona Johna - pochodzącego z filmu Król Lew Circle of the Life.
Podczas dwu i pół godzinnego koncertu Elton John udowodnił, że jest w doskonałej kondycji. Mało tego, swoim poczuciem humoru (ujawnionym w trakcie wielokrotnych wypowiedzi do publiczności) udowodnił, że ma dystans do swojego wieku i stażu grania. Chociaż koncert odbył się bez większych fajerwerków to na pewno będzie co wspominać. Jeśli już nie sam występ Eltona Johna, to pogodę jaka mu towarzyszyła.