Strona startowa Ulubione
muzyka.pl
Wyszukiwarka Zaawansowane
Logowanie Rejestracja
Login:
Hasło:
Piątek, 12/03/2010
Muzyka.pl
Gatunki muzyczne

Drukuj Powiadom znajomego
Relacje
Muzyka.pl:»Strona główna»Relacje»With Full Force
With Full Force
Środa, 29 lipca 2009 roku / 23:58
Zdecydowanie się nie zgadzam z tą teorią. Dobry festiwal to także świetna organizacja, to dobra infrastruktura i zaplecze sanitarne, względny porządek na polu namiotowym, to zapierające dech brzmienie i towarzyszące mu magiczne oświetlenie, to setki ludzi, którzy pracują, żeby czterdzieści tysięcy świrów mogło zrobić sobie rewelacyjną imprezę przy dźwiękach ulubionej muzyki, bardzo ważna jest też dobra pogoda. Na niemieckim With Full Force jest to wszystko, a przy okazji skład co roku jest zabójczy. Trzy sceny, dziesiątki zespołów, kilkadziesiąt godzin koncertów, kilkaset kawałków, tysiące ludzi i setki tysięcy litrów piwa. Jedno wielkie metalowo-punkowe święto. Czego chcieć więcej? I pomyśleć, że to wszystko tylko dwie godziny drogi od polskiej granicy.
 

Zawsze chciałem zacząć od końca albo od środka... Dlatego tym razem daruję sobie opisywanie każdego dnia festiwalu po kolei, ale skupię się na najlepszych pokazach, które zobaczyłem podczas trwania szesnastej edycji With Full Force. Opiszę je w kolejności z małym wyjątkiem, z wyjątkiem Down. Przyznaję, że w kwestii tego zespołu mogę być odrobinę nieobiektywny, ponieważ słucham go bardzo często z niemalejącą przyjemnością - jest to jedna z moich ulubionych formacji. Myślę jednak, że każdy, kto miał okazję uczestniczyć w występie Amerykanów na tegorocznym WFF, zgodzi się ze mną, że był to jeden z najlepszych koncertów podczas festiwalu.
Skoro już zacząłem od środka, to opis popisu Down zacznę od końca. Od końca, czyli od wad. Wad było wiele, aż jedna. Problem stanowił zbyt krótki czas, jaki amerykańska supergrupa dostała na zaprezentowanie się na scenie. Nie było to niczyją winą i nie można mieć pretensji do zespołu, czy organizatorów. Pierwsze zaskoczenie przeżyłem, gdy doszły do mnie pierwsze dźwięki Eyes of the South. Mimo że pora nie była zbyt późna, a słońce dopiero zaczęło powoli zachodzić, ten utwór zabrzmiał niezwykle klimatycznie i był świetnym preludium do tego show. Następnie, usłyszeliśmy ciężki i psychodeliczny N.O.D., co też było dla mnie sporym zaskoczeniem. Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że widziałem Down dwa tygodnie wcześniej i setlista była mocno inna. Kolejny numer i znowu zaskoczenie, The Path, przy którym publika szalała, śpiewając łatwo wchodzący do głowy refren Crawling... up then down a mountain. Crawling... then up again, then up again. Później było już bardziej standardowo Lifer, New Orleans Is A Dying Whore, Hail the Leaf i jak zazwyczaj na końcu hiciarskie Stone the Crow i walcowate, klimatyczne Bury Me in Smoke, w które Phil Anzelmo jak zwyklę wplótł kawałek Nothing in Return. Wszystko to odegrane z uczuciem, czadem, energią tworzyło niesamowity klimat, dzięki któremu czułem się, jakbym był w drewnianej chacie, gdzieś na bagnach Luizjany, a nie na gigantycznym, niemieckim trawniku pośród kilkudziesięciu tysięcy metalowych i hardcorowych maniaków. Właśnie za ten wspaniały, nieziemski klimat należą się Amerykanom największe oklaski.
 
 Dzień pierwszy, piątek, 3 lipca
 
Żeby nie mieszać za bardzo, wrócę do chronologicznego opisywania festiwalowych wydarzeń. Piątek, ze wszystkich dni, interesował mnie najmniej. Właściwie tego dnia zależało mi na zobaczeniu tylko dwóch formacji Carcass oraz Mastodon. Postanowiłem, jednak przyjrzeć się też występom God Forbid, Dimmu Borgir, Legion Of The Damned i Soulfly.
God Forbid było dobrym rozpoczęciem festiwalowego dnia. Ich krótki pokaz stał na wysokim poziomie i pomimo że nie przepadam za tym zespołem w wersji studyjnej, byłem zadowolony, że poświęciłem im te 35 minut.
Niestety, gorzej zaprezentowała się holenderska grupa Legion Of The Damned. Widziałem Holendrów kilka razy i zawsze ich koncerty były pełne mocy i pomimo że ich utwory są łudząco do siebie podobne, słuchałem LOTD z przyjemnością, tym razem jednak zabrakło energii, zamiast której wkradła się nuda. Jedynym, ciekawszym momentem był bardzo dobrze zagrany Son of the Jackal.
Na szczęście, formacja Mastodon, która na głównej scenie zastąpiła Legion, znacznie podniosła poziom. Oczywiście Amerykanie grali głównie ostatni Crack the Sky - krążek, którego jeszcze nie miałem okazji posłuchać, ale robili to w takim stylu, że w człowieku zbierała się ochota, by krzyczeć i śpiewać ze wszystkimi. Tylko jak tu śpiewać, kiedy nie zna się tekstów? Już pierwszy kawałek, pochodzący właśnie z tej płyty, Oblivion zupełnie mną zawładnął. O dziwo, najbardziej przypadły mi do gustu utwory z Crack the Sky oraz Blood Mountain, a w wersji studyjnej zawsze najchętniej wracałem do Leviathan.
W końcu naszedł czas na jedną z najbardziej oczekiwanych przez mnie grup, czyli brytyjskie Carcass. Był to zdecydowanie najlepszy show tego dnia. Jeff Walker z wesołym uśmiechem zagrzewał audytorium do zabawy, ale gdy zbliżał się do mikrofonu zamieniał się w przepełnionego energią, metalowego demona. Set Anglików był świetnie wyważony zaprezentowali najlepsze numery z swoich cięższych, zahaczających o grind płyt oraz z bardziej melodyjnych albumów wydanych już w latach 90. Rewelacyjne odegrane pierwsze kawałki od razu porwały publikę, która szalała niezmiennie do samego końca. Kulminacyjnym momentem był koncertowy hit No Love Lost. Niestety, tak samo jak w przypadku Down, występ Carcass był zdecydowanie za krótki, co bolało tym bardziej, że Dimmu Borgir nie pokazało się od najlepszej strony. Nawet bardzo dobrze przygotowana strona wizualna i niesamowite wokale Vortexa nie były w podnieść niskiego poziomu tego koncertu. Daray dwoił się i troił, krzesał z siebie ogromne ilości energii, ale reszta zespołu była jakby jej pozbawiona. Uznaliśmy z przyjaciółmi, że to świetna pora, by polepszyć swój odbiór kilkoma plastikowymi kuflami złocistego trunku.
W nieco weselszych nastrojach powróciliśmy pod scenę, by zobaczyć, co do zaoferowania ma Max Cavalera z kolegami. Jak się okazało, był to dobry pomysł ponieważ, Soulfly zaprezentował się wyśmienicie. Ponad godzinny, kapitalny show, podczas którego usłyszeliśmy największe hity zarówno Soulfly (Bleed, L.O.T.M., Molotov) oraz Sepultury (Refuse/Resist, czy zagrane na bis Roots Bloody Roots). Miło niespodzianką było pojawienie się w setliście Sanctuary z repertuaru Cavalera Conspiracy. Oczywiście, nie mogło też zabraknąć wielkich, południowo-amerykańskich (?) bębnów i szybkich, heavymetalowych solówek Marca Rizzo.
 
Zaraz po zakończeniu pokazu udaliśmy się na Hard Bowl, by uczestniczyć w Knuppelnacht. Powoli zmęczenie dawało o sobie znać i zakłóciło odbiór koncertu Pestilence, który zamiast zachwycać technicznymi smaczkami nużył. Potem było jeszcze gorzej, na scenę wkroczyli King Ov Hell (jak tam na dole mają takiego króla, to musi być naprawdę kiepsko) i Gaahl (ten sam, który najpierw się przyznał, że jest gejem, a potem postanowił odejść z metalowej sceny) ze swoim God Seed. Spora część publiki na ich pojawienie zareagowała bardzo żywo. Jednak nastroje pogorszyły się już po kilku minutach. Black metal w wykonaniu Godseed przypominał żałosny kabaret bez scenariusza i pomysłu. Na nieszczęście, w oczekiwaniu na Asphyx, zmuszeni byliśmy do oglądania tego popisu przez ponad 40 minut. Takie czynniki jak późna pora, ogólne zmęczenie i kilkadziesiąt minut norweskiej żenady spowodowały, że nie byliśmy w stanie wytrwać do końca występu Holendrów.
 
 Dzień drugi, sobota, 4 lipca
 
Sobota, podobnie jak piątek, była dniem bardzo leniwym. Właściwie cała zeszła nam na rozmowach przy grillu i oglądaniu stoisk z płytami i gadżetami. Po sceną zjawiliśmy się jedynie na kilku zespołach. Zaczęliśmy od młodych, amerykańskich thrashowców z Warbringer. Chłopaki zdecydowanie lepiej prezentują się na żywo niż na plastikowych krążkach, na których prezentują oldschoolowy i niezwykle wtórny thrash będący połączeniem melodyjnych riffów z Bay Area i niemieckiej agresji. Podobnie było podczas tegorocznego WFF, z tą różnicą, że kompozycje były bardziej żywiołowe, dynamiczne, a stosunkowo krótki czas ofiarowany thrasherom przez organizatorów, spowodował, że rutyna nie zdążyła się wkraść między szybkie, thrashowe riffy.
Po krótkiej przerwie, na All Shall Perish, które pomimo znaczniej odległości, nieznośnie atakowało nasze uszy i powoli stawało się nie do wytrzymania, nawet z daleka. Sytuację uratowało Suicidal Tendencies. Znakomity, energetyczny show zadziałał na nas lepiej niż najlepszy energy drink. Z szerokimi uśmiechami wtórowaliśmy trzymającemu mikrofon Cyco Mikeowi Miurowi i pląsaliśmy w rytm muzyki Samobójczych. Nasze twarze rozpromieniły się jeszcze bardziej, gdy z głośników usłyszeliśmy pierwsze dźwięki Possessed to Skate.  Suicidal Tendencies było najlepszą formacją drugiego dnia szesnastej edycji With Full Force, aż do wejścia na scenę hardcorowej grupy Hatebreed. Amerykanie po wodzą Jimmyego Jasty oczarowali audytorium wyśmienitym show, w którym nawet najwięksi malkontenci nie mogliby się doszukać wad. Kapitalne wykonanie najlepszych utworów, urozmaicone zagrzewającymi do zabawy wypowiedziami Jasty i rewelacyjną oprawą świetlną, sprawiło, że ten koncert trzeba zaliczyć do trzech najlepszych podczas całego gigu.
 
 Dzień trzeci, niedziela, 5 lipca
 
Wreszcie nadszedł najbardziej oczekiwany, trzeci dzień. Z niecierpliwością czekaliśmy na Motorhead, Down i Social Distortion. W całej euforii martwił mnie fakt, że nie będę miał okazji zobaczyć hardcorowo-thrashowej legendy Cro-Mags, której występ na Hellfest był lekko mówiąc kiepski; oraz amerykańskiego Terror, który na tym samym festiwalu pokazał prawdziwą klasę. Po kilku godzinach radosnego grillowania udaliśmy się w pobliże sceny i niestety trafiliśmy na koszmarną, przepełnioną irytującymi melodyjkami końcówkę Ignite. Do swoich namiotów wróciliśmy dopiero po dwudziestej czwartej, kiedy ochłonęliśmy po powalających popisach Down, Motorhead i Social Distortion. Wszystkie trzy należały do ścisłej czołówki festiwalu. Punkowa legenda z Kalifornii zaprezentowała najwyższą klasę miażdżąc audytorium czystą, buntowniczą energią zwartą w kilkunastu żywiołowych rockandrollowo-punkowych numerach. Panowie z Motorhead nie zostawali w tyle i jak zwykle pokazali, że z 50, czy 60 na karku można być rockandrollowym skurczybykiem i robić to z niesamowitą ikrą. Mało kto, tak jak angielska formacja, potrafi z instrumentów wydobyć tyle mocy, żeby była ona tak namacalna, tak silna, że nawet kilka godzin po koncercie kilkanaście tysięcy gardeł wciąż krzyczało Motorhead! Ace of Spades!. Właśnie… As pik, nie było innej możliwości, żeby jakikolwiek inny kawałek był tym najlepszym podczas popisu Anglików. Chociaż takiemu np. Rock Out bardzo niewiele brakowało.
 
Podsumowując, szesnasta edycja With Full Force udała się znakomicie. Bardzo doby skład, kapitalne koncerty, spora frekwencja (40 tys. maniaków) i wyśmienita atmosfera. Ponadto wszystko było rewelacyjnie zorganizowane dobre zaplecze sanitarne, świetne oświetlenie i dźwięk. Nawet pogoda dopisała. Niestety, jak dowiedziałem się już po zakończeniu festiwalu, jeden fakt zmącił trochę pozytywną atmosferę i zepsuł nastrój nie tylko organizatorom w piątek rano na polu namiotowym zmarła 23-letnia dziewczyna. Przyczyną śmierci było zatrucie tlenkiem węgla.
Krzysztof Zawistowski
Góra
Komentarze»(0)
Dodaj komentarz
WsteczGóra
Grzegorz Korczak
Grzegorz Korczak
Piątek, 12 marca 2010 / 08:37
"Droga" - niemy film o muzyce.
Treści reklamowe

Krzysztof "Grabaż" Grabowski
Krzysztof "Grabaż" Grabowski
Piątek, 12 marca 2010 / 08:32
gościem Rockfilera.
Akcja Jestem Przyjacielem
Akcja Jestem Przyjacielem
Piątek, 12 marca 2010 / 08:27
Artyści Dzieciom - w ten weekend w Olsztynie
Tybei i Zetena
Tybei i Zetena
Piątek, 12 marca 2010 / 08:23
Pierwszy singiel z najświeższego polskiego albumu!
Movie
Ania
Movie
Sony Music Polska
Bourbon River Bank
Corruption
Bourbon River Bank
Mystic Production
MAQAMA + FORMA
MAQAMAT TOUR 2010
MAQAMA + FORMA
Five
Izabela Kopeć
Five

Co na forumNowe wizytówki
program tv      moda      piłka nożna
"