Tegoroczna, piętnasta już edycja festiwalu rockowego w Węgorzewie , odbyła się pod lekko zmienioną nazwą. Do Tradycyjnego
Union of Rock
dodano słowo
Eko
i zamiast zwykłego zlotu fanów cięższego grania otrzymaliśmy festiwal ekologiczny. Wywołało to mieszane uczucia wśród publiki. Jedni cieszyli się i z radością brali udział w akcjach organizowanych przez WWF (więcej na
www.wwf.pl ) inni uznali to za tani chwyt marketingowy. Na szczęście
Eko
nie wpłynęło na dobór zespołów. Jak co roku mogliśmy wyszaleć się przy różnych odmianach ogólnie pojętego Rocka. Jedyną zmianą był podział na dni. Mieliśmy więć Dzień Lasu (Dzień Onet.pl) Dzień Wody (Dzień Polskiego Radia) i Dzień Klimatu (Dzień Programu 1 TVP). Do innych nowości można zaliczyć namiot w którym wyświetlano filmy (Między innymi bardzo dobry film o historii Polskiego Rocka).
Pierwszy dzień rozpoczął się dość łagodnie, koncertem formacji Indios Bravos. Oczywiście
Łagodnie
to nie znaczy źle. Mimo iż koncert miał niemal godzinne opóźnienie tłumy ludzi wytrwale czekały pod sceną aby usłyszeć na żywo jeden z najlepszych polskich zespołów oscylujących w klimatach reggae/dub. Dodam że nie czekali na próżno. Chłopaki zagrali świetny koncert, napełniając ludzi swoją pozytywną energią. Gutek jak zwykle dał popis wokalny na najwyższym poziomie. Po koncercie miałem jednak dziwne wrażenie że trwał on krócej niż powinien. Może to efekt opóźnienia, może aż tak mi się podobało że podświadomie chciałem więcej. Niestety, skończenie zabawy po zagraniu paru hitów pozostawiło pewien niedosyt.
Następnie wystąpiły zespoły konkursowe. Niestety w tym roku poziom był mocno średni. Chyba żaden zespół, z wyjątkiem grupy Saluminesia z Gdańska, która zgarnęła niemal wszystkie nagrody (o dokładnych wynikach wspomnę na koniec relacji) nie przykuł uwagi publiczności.
Po zespołach konkursowych przyszedł czas na Warszawską formację Hatifnats. Niedawno powstałe trio grające Indie rocka. Nie jest to mój ulubiony gatunek muzyczny ale występ mogę uznać za udany. Znajomi słuchający takiej muzy byli zachwyceni, tak samo zresztą jak publika, która zaczęła coraz tłumniej zbierać się pod sceną.
Jednak prawdziwie potężna zawierucha zrobiła się pod sceną wraz z nadejściem zespołu Riverside. Można się było tego spodziewać, bo zarówno po polu koncertowym jak i w okolicach sceny kręciło się dużo osób w koszulkach tej kapeli. Zawsze, kiedy ich słyszę na mojej twarzy maluje się dziwny mix zdziwienia i zachwytu. Zdziwienia, bo nie mogę uwierzyć, że muzycy znani z takich zespołów jak Hate czy Unnamed mogli założyć grupę prog rockową. Zachwytu, ponieważ oni to naprawdę zrobili i wychodzi im to naprawdę świetnie. Osobiście uważam że obok otwierających ten koncert Indiosów był to najlepszy występ tego dnia.
Jako przedostatnia gwiazda tego dnia wystąpił Grabaż z ekipą, czyli Strachy na Lachy.Wiele osób przyjechało tu głównie na ten występ. Dla fanów wokalu i tekstów Krzysztofa Grabowskiego była to niewątpliwie półtora godzinna uczta dla zmysłów. Miłym akcentem były występy gości (Renata Przemyk, Spięty i Gutek). Wielkość tłumu pod sceną wskazywała, że mimo wszystko Strachy mają chyba najwięcej zwolenników wśród zespołów grających na tegorocznym Rockowisku.
Pierwszy dzień zamknął koncert jednej z najsławniejszych rockowych kapel Polski.