 |
| fot. Wojtek Dobrogojski |
Sting, artysta spełniony (lecz wciąż twórczo aktywny), który w trakcie swojej muzycznej kariery osiągnął to, co udaje się w tym biznesie tak niewielu. Trzydzieści pięć lat na scenie, w tym dwadzieścia pięć solo, to podróż przez muzyczne inspiracje, łączenie różnych nurtów (rock, punk, world music, folk, jazz). To nie tylko kawał historii muzyki, lecz także intymna opowieść stawaniu się artystą. Wieczorem 15.02.2011 odbył się w Warszawie w Sali Kongresowej pierwszy z dwóch koncertów w Warszawie w ramach jubileuszowej trasy dwudziestopięciolecia kariery solowej Back to Bass.
Reprezentanci ogromnej rzeszy fanów w Polsce, którzy zebrali się w Pałacu Kultury w Warszawie, mieli okazję doświadczyć nie tylko muzyki wykonanej na najwyższym poziomie, lecz także posłuchać o inspiracjach towarzyszących jej tworzeniu, anegdotach z życia prywatnego, przemyśleniach czasem bardzo intymnych, czasem zabawnych. Na scenie wystąpili: Sting-twórca, Sting-wykonawca, Sting-gawędziarz oraz Sting-filozof wraz z zespołem.
Sala Kongresowa tego wieczoru wypełniona była po brzegi . Scena, na której miał wystąpić artysta prezentowała się nader skromnie, wręcz ascetycznie, ale nikt chyba nie spodziewał się po Stingu show w stylu Lady Gagi. Zespół rozpoczął punktualnie wywołany oklaskami podnieconej i niecierpliwej publiczności. Wraz ze Stingiem wystąpiło pięciu muzyków: Domenic Miller (gitara elektryczna), Rufus Miller - syn Domenica (gitara akustyczna), Jo Lawry (skrzypce, wokal), Peter Tickell (skrzypce elektryczne), Vinnie Colaiuta (perkusja). Na basie, jak można się domyślić, zagrał sam Gordon Matthew Sumner (czyt. Sting).
Występ rozpoczął się energetycznie wykonanym All this time, po którym Sting przywitał się z publicznością Dobry wieczór, Warszawa i przedstawił swoich muzyków. Już od samego początku emocje na sali sięgały zenitu. Publiczność na parterze zrobiła falę podrywając się z krzeseł - niestety osoby z pierwszych rzędów wstając ograniczały widoczność tym z tylnych w związku z tym wszyscy siedzący dalej od sceny też musieli wstać. Na szczęście po wstępnej ekscytacji widzowie zreflektowali się i usiedli na swoich miejscach, co przy bardziej rockowych utworach wcale nie było zadaniem łatwym.
Oczekiwano po tym koncercie, że zostaną zagrane największe hity, tymczasem wybór utworów na ten wieczór był nieoczywisty. Zamiast znanych wszystkim szlagierów takich jak np. Englishman in New York, Mad about you, których graniem artysta może być już zmęczony, wybrzmiały utwory mniej znane jak np. Im so happy I cant stop crying, Demolition man, romansujące z country Love is stronger than justice. Podczas tego ostatniego utworu ogromne wrażenie wywarła agresywnie rockowa solówka na elektrycznych skrzypcach wykonana przez Petera Tickella, który za swój występ zebrał owacje na stojąco (Reakcja publiczności jak najbardziej uzasadniona.).
Wartością dodaną tego koncertu był też naprawdę fantastyczny kontakt z publicznością. Sting w przerwach między utworami opowiadał o swoim życiu, muzyce, inspiracjach. Poruszał wątki zarówno bardzo osobistych doświadczeń , jak śmierć ojca (przed Ghost Song), rozwód, czasem humorystyczne anegdoty i spostrzeżenia, na temat życia prywatnego, statusu gwiazdy. Wyreżyserowane, czy spontaniczne zachowanie? - mogliby zapytać sceptycy. Jeśli wyreżyserowane, to Sting doskonale odegrał swoją rolę, bo brzmiało to wszystko naturalnie, lekko i na pewno nie wiało rutyną.
Koncert trwał 2 godziny, zakończył się trzema bisami, które były szlagierową fiestą. Na pierwszy ogień poszedł utwór Desert Rose, Every Breath You Take oraz wykonane akustycznie, teoretycznie solowo a w praktyce wraz z Warszawską publicznością Message in the Bottle.
Zobacz galerię zdjęć z koncertu
Oprócz pokazu prawdziwego profesjonalizmu, radości z grania Sting zaprezentował również swoją doskonałą formę fizyczną. Dwie godziny naprawdę intensywnego występu i nie widać po nim było cienia zmęczenia. Sześćdziesięcioletni muzyk to w żadnym wypadku Dziadek Sting, ale artysta w pełnym rozkwicie.
Po zobaczeniu tego koncertu z niecierpliwością czekam na jego kolejne muzyczne dokonania. A kolejny koncert już dzisiaj.