W 2002 roku pięciu facetów z różnych muzycznych bajek połączyło swe siły tworząc jednorazowy projekt, w wyniku, którego powstała, jeżeli nie najważniejsza, to na pewno jedna z pięciu najważniejszych płyt w historii polskiej muzyki rozrywkowej. Mocno introwertyczne teksty oparte o akustyczno-elektroniczne dźwięki nie tylko robiły (i robią do dziś) piorunujące wrażenie, ale też swym rozmachem i ambicją o lata świetlne wyprzedzały to, co wówczas działo się na naszej scenie muzycznej. Chodzi oczywiście o album Uwaga jedzie tramwaj Lenny Valentino, który w tym roku obchodzi 10 rocznice powstania. Z tej okazji zespół ruszył w mini-trasę, by zagrać pięć ekskluzywnych koncertów, w tym także w Krakowie.

Świetnie wypadł początek - Zniszczyłaś to ty czy zniszczyłem to ja i Karuzele, skutery
i rodeo zagrane z pasją i do tego niesamowicie nagłośnione (dawno nie słyszałem tak selektywnego brzmienia na żywo - duże brawa dla dźwiękowców) nie tylko oczarowały publiczność, ale też wydawały się być zapowiedzią magicznego wieczoru.
Jeszcze lepiej było przy piosenkach, których wykonanie w pewnym stopniu odstawało od wersji studyjnych - zainspirowane Radiohead (z okresu Kid A i Amniesiac) Dla taty, żywcem wyciągnięte z kultowego serialu Davida Lyncha Otto Pilotto i akustyczne Jesteśmy dla siebie wrogami. Ten ostatni, przedłużony o psychodeliczną improwizacje, w czasie, której muzycy raz po raz zmieniali tempo- od mocno gitarowej jazdy, przez rytmiczną sekwencje uderzeń aż po wyciszenie - był zdecydowanie najlepszym momentem całego koncertu.
Niestety, na tle wyżej wymienionych piosenek o wiele słabiej zaprezentowała się reszta materiału. Co ciekawe, odnosi się to przede wszystkim do przebojów grupy - nie zachwycił ani Chłopiec z plasteliny ani Dom nauki wrażeń - oba zagrane nuta w nutę jak na płycie, z tą różnicą, że na żywo pozbawione zostały energii i klimatu, który towarzyszy tym nagraniom na krążku.
Sytuacji nie uratowały dodane do podstawowego setu covery The Alan Parson Project i Low, głównie za sprawą śpiewającego po angielsku Rojka, którego mocno wschodni akcent jest, co tu dużo mówić, komiczny. Najwidoczniej wokalista do dziś dnia nie wyciągnął żadnych wniosków po cudach, jakie wyprawiał na anglojęzycznej wersji albumu Korova Milky Bar swojej macierzystej formacji.
Artur był także antybohaterem przygotowanego specjalnie na tą okazję (za takie prezenty to ja dziękuje) i zagranego na bis W21 - ciągnący się w nieskończoność utwór niemiłosiernie irytował zawodzeniem wokalisty.
Koncert Lenny Valentino miał być niezapomnianym wydarzeniem muzycznym. W rzeczywistości jednak lokuje się kilka szczebli niżej - co najwyżej na poziomie ciekawostki dla najbardziej zagorzałych fanów.