Ona współpracowała m.in. z Davidem Holmesem, oni grali na Glastonbury. Ona kocha elektroniczne dźwięki syntezatorów, oni fascynują się tajemniczym, posępnym klimatem muzyki spod znaku cold wave. Razem tworzą fenomen- są polskimi artystami bardziej popularnymi w Wielkiej Brytanii niż u nas w kraju. Pati Yang i Poise Rite przyjechali do Krakowa, aby promować swoje nowe wydawnictwa.
Dziwna to sytuacja, gdy do naszego kraju z zagranicy przyjeżdżają na koncert polscy artyści. Nie wiadomo wtedy czy się cieszyć, że nasi odnoszą na zachodzie sukcesy (niewielkie, ale zawsze) czy smucić, że musieli wyjechać z Polski by osiągnąć popularność. Ten słodko-gorzki smak towarzyszył krakowskiej publiczności, która licznie stawiła się tego wieczora w klubie Żaczek, aby podziwiać polsko-zagraniczne lub, jak kto woli, zagraniczno-polskie gwiazdy.
Poise Rite
Rzadko zdarza się by zespół, występujący w roli tzw. supportu zwrócił na siebie czyjąś uwagę. Jeszcze rzadziej dochodzi do sytuacji, w której kapela poprzedzająca gwiazdę wieczoru daje lepszy koncert od niej samej. Wyobraźcie sobie, więc moje zdziwienie, gdy okazało się, że Poise Rite nie tylko oczarował publiczność, ale też zagrał fenomenalny koncert. Duża w tym zasługa nowofalowej muzyki towarzyszącej zespołowi - nie od dziś wiadomo przecież ze zimne, depresyjne dźwięki są nad Wisłą uwielbiane ( np. Interpol, White Lies, The Cure).
Poise Rite potrafi jednak zaskoczyć - chłopaki często sięgają po inspiracje z innych źródeł - od neofolkowych elementów w Breath and Ride, przez shoegazing w Rockandroll, aż po czysty pop rock w Love. Wszystko to jednak w ramach konwencji opartej na rytmicznym brzmieniu perkusji i basu wspomaganym mrocznymi partiami gitary.
Najlepszy moment koncertu? Zagrany na bis akustyczny Abduction - balladowy przystanek na pierwszej płycie kwartetu z Rzeszowa. Kilka minut muzyki z innej, ale równie fascynującej bajki.
Pati Yang
Po gitarowej uczcie jaką zaserwowali nam chłopcy z Poise Rite przyszedł czas na Pati Yang, czyli electropop na najwyższym, światowym poziomie. Wokalistka, której towarzyszyła urokliwa dama grająca na klawiszach oraz gitarzysta, skupiła się przede wszystkim na promocji swojego najnowszego albumu Wires and Sparks, przez co ucierpiał repertuar z poprzednich płyt artystki - usłyszeliśmy tylko skromną reprezentacje Faith, Hope & Fury.
Na szczęście nie odbiło się to na samym występie, opartym w dużej mierze na mocnym, agresywnym beacie, pod którym skrywały się fantastyczne melodie
z zaangażowaniem wyśpiewanie przez szalejącą na scenie Pati. Usłyszeliśmy m.in. singlowe Near To God, oparte na melorecytacji, gitarowe Revolution Baby czy moje ulubione synthpopowe Hold Your Horses. To wystarczyło, aby poderwać wszystkich do ekstatycznej zabawy przerwanej tylko raz, za sprawą balladowego Breaking Waves. Spokojny, nabijany jednostajnym rytmem numer z beznamiętnym śpiewem wokalistki robi na żywo piorunujące wrażenie, spotęgowane jeszcze bardziej przez krwistoczerwone światło i gitarową ścianę dźwięku pod koniec utworu
Niestety w pewnym momencie święto muzyki zostało zakłócone zachowaniem części publiczności ( tej pod dużym wpływem alkoholu) domagającej się piosenek z debiutanckiej płyty artystki. Tak naprawdę nikt nie zwróciłby na to uwagi gdyby nie fakt, że prośby te stawały się z minuty na minutę coraz bardziej agresywne, przez co Pati skróciła bisy jedynie do Darling z tekstem idealnie pasującym do zaistniałej sytuacji stop fighting, lets just dance
Podsumowując: wspaniały wieczór, pełen świetnej muzyki i profesjonalizmu. Szkoda tylko, że osiągniętego poza granicami naszego kraju, co niestety w pełni odzwierciedla stan przemysłu muzycznego w Polsce.