 |
| Robert Świderski |
W zimny listopadowy wieczór, dokładnie w poniedziałek 14.11.2011 r. w hali Torwar odbył się koncert Jeana Michela Jarrea, uważanego za legendę muzyki elektronicznej, słynącego także z barwnej, efektowanej (żeby nie powiedzieć czasem efekciarskiej) oprawy swoich koncertów. Jak na prawdziwy występ Jarrea przystało i tym razem nie obyło się bez ogromnych wizualizacji i laserów
. Naprawdę duuużej ilości laserów.
Artysta nie skąpi Polsce swoich występów, odwiedza nasz kraj regularnie od kilku lat i daje po kilka koncertów. Efekt tego jest taki, że dziękuję potrafi już powiedzieć nieomalże bez akcentu, natomiast musi jeszcze popracować nad bardzo (stąd pewnie te częste wizyty).
Hala Torwaru, w której odbył się koncert, nie zapełniła się po brzegi, aczkolwiek po koncercie wniosek nasunął się taki, że być może nie w ilości, lecz w jakości fanów siła. Trzeba przyznać, że poza mną chyba nie było na sali osoby, która znalazła się na tym występie niejako spontanicznie lub przypadkowo.
Występ rozpoczął się mniej więcej o 20:30. Artysta wszedł na halę przez główne wejście, krzyknął do publiczności Witaj Warszawo, następnie po drodze uściskał dłonie oszołomionym (ale nie obezwładnionym) szczęściem fanom.
Scena, na której odbywał się koncert wyglądała jak połączenie studia nagraniowego z laboratorium szalonego naukowca. Obok syntezatorów i akcesoriów, których przeznaczenia osobiście nie jestem świadoma, świeciły jednakowo panele diodowe, z tyłu znajdował się wielki ekran, na którym pojawiały się wizualizacje. Sam Jarre, który dwoił się i troił na scenie. Wyglądał jak szalony geniusz, kiedy włożył na nos okulary z małymi kamerkami, dzięki którym publiczność mogła nie tylko słuchać występu, ale na bieżąco śledzić każdy ruch Jarrea tworzącego widowisko.
Pierwszym utworem, który wypełnił halę Torwaru, było Oxygene - Part II, potem było Rendez Vous II, podczas którego Jarre grał na słynnej już laserowej harfie. Nie zabrakło utworów z płyty Equinoxe. Kulminacją mini-szaleństwa, jakie miało miejsce pod sceną był utwór Rendez Vous IV, podczas którego większość krzesełek rozstawionych dla publiczności na płycie opustoszała, a widownia skupiła się pod sceną, klaszcząc, tańcząc i wymachując świecącymi diodami. W kilku słowach: szał, biesiada, lasery.
Przed Souvenir of China artysta zaczął opowiadać o swoim pobycie w Chinach, gdzie koncertował i o tym, że utwór ten miał być swego rodzaju pocztówką, ilustrującą wspomnienia jakie wyniósł z tego kraju. Cała jego opowieść, tłumaczona była na język polski. Podczas koncertu artysta opowiedział także, o swojej wspólnej akcji z organizacją UNESCO, która dotyczyła edukacji. Otóż z każdego sprzedanego biletu na koncert jeden eurocent przekazany miał być tej organizacji, i tak będzie do końca kariery muzycznej artysty. Publika przyjęła tę wiadomość z wielkim entuzjazmem.
W trakcie części bisowej, podczas trwania ostatniego utworu Calypso 3 Jarre poprosił publiczność, aby włączyła latarki, diody, ekrany w swoich telefonach i aparatach. Po kilku chwilach na sali rozbłysło setki malutkich światełek, które zaczęły poruszać w takt muzyki. Na ekranie umieszczonym za sceną zaczął wschodzić wielki księżyc. Pomimo całej mojej rezerwy do stylistyki prezentowanej podczas koncertów Jarrea muszę stwierdzić, że na swój sposób było to magiczne.