Yann Tiersen? Kto to? No ten od Amelii i Good bye, Lenin - chyba większość polskiej publiczności, w tym i ja, taki ma w głowie wizerunek tego artysty. Podczas koncertu będącego częścią trasy koncertowej promującej najnowszy album Skyline w warszawskiej Proximie, okazało się jednak, że Tiersen to nie tylko Ten od Amelii. To także znakomity WSPÓŁCZESNY kompozytor, który tworzy nie tylko delikatną, liryczną muzykę, ale potrafi też zaskoczyć mocniejszym rockowym brzmieniem.
Długo zastanawiałam się jak może wyglądać koncert Yanna Tiersena. Mimo że koncertował już w Polsce kilka razy (we Wrocławiu, Łodzi, Warszawie), ja miałam przyjemność być na jego występie po raz pierwszy. Z racji tymczasowego wykluczenia cyfrowego nie mogłam wcześniej zaspokoić swojej ciekawości na portalu Youtube. Sądząc głównie z wczesnej twórczości spodziewałam się atmosfery oscylującej pomiędzy koncertem chopinowskim, tudzież kwartetem smyczkowym a kameralnym jam session. Tymczasem
tymczasem było zupełnie inaczej. No może z wyjątkiem kameralności.
Sobota, 05.11.2011, klub Proxima. W ten wyjątkowo ciepły listopadowy wieczór o godzinie 18:00 przed wejściem do klubu zebrało się trochę ludzi, ich liczbę jednak trudno byłoby nazwać dzikim tłumem. Wszyscy kulturalnie i bez pośpiechu zaczęli wchodzić do Proximy. Jak się potem okazało, nawet kiedy już wszyscy, którzy zakupili bilety, weszli do środka, klub nie pękał w szwach. Mniejsza jednak o frekwencję.
Po wejściu do środka można było zobaczyć rozstawiony pod sceną (?!) sprzęt składający się (dla niefachowego oka) z perkusji, gitary elektrycznej i czegoś na kształt mini-organków. Wokół tego sprzętu kręcił się niewysoki, drobny chłopak z za długą grzywką, który raz po raz rozciągał sobie stawy barkowe.
Ludzie, którzy przyszli na koncert, w większości kręcili się po sali szukając sobie miejsca, omijając szerokim łukiem perkusję stojącą pod sceną. Część osób zaczęła przynosić sobie krzesła i ustawiać je przodem do sceny, część siadała pod ścianą rozglądając się niepewnie wokół siebie, inna znowu część zaczęła siadać wokół perkusji na podłodze tworząc półkole. Sądząc po tym zachowaniu i z zasłyszanych rozmów, duża część osób miała podobną wizję koncertu do mojej, ewentualnie zupełny brak wizji.
W pewnym momencie , chudy chłopak kręcący się przy sprzęcie rozłożonym pod sceną, podszedł do perkusji i zawołał do zdezorientowanej publiczności, że nazywa się Piano Chat i
no cóż.. potem okazało się, jak bardzo pozory mylą. Niewysoki, drobny chłopak, Marceau Bore , człowiek orkiestra z niebywałą energią, zaczął grać, śpiewać, samplować swój śpiew i instrumenty, nakładać na siebie loopy, tworząc na oczach oniemiałej publiczności muzykę, która łączyła w sobie melodyjność wraz z punkowym pazurem. Po pierwszej takiej dawce energii zgromadzeni stali oniemiali, nie wiedząc chyba czy wolno już klaskać, czy nie. Ciszę, która zapanowała na sali przerwał sam Marceau, sugerując nieśmiało, że miło by było usłyszeć jakiś aplauz. Wtedy dopiero publiczność zareagowała żywioło i entuzjastycznie. Koncert Piano Chat trwał może 20 minut, nie więcej. W ciągu tego krótkiego czasu młody artysta dwoił się i troił przy instrumentach, rozmawiał z publicznością, opowiadał anegdoty, zapraszał do tego, żeby bawić się przy jego muzyce, wbiegał w publiczność grając na gitarze. Energią, którą posiadał ten niewielkich rozmiarów człowiek, spokojnie można by zasilić średniej wielkości miasto. Szkoda jednak, że publiczność zgromadzona w Proximie nie do końca dała się wciągnąć w ten dialog. Część podrygiwała mniej lub bardziej śmiało, ale większość jednak pozostała, że tak powiem statyczna, aprobatę wyrażając konwencjonalnie w żarliwych oklaskach pod koniec utworów. Mimo to Marceau chyba się jednak podobało, albowiem pod koniec występu powiedział, że był to jego najlepszy koncert w życiu.
Nastąpiła przerwa, w trakcie której część osób udała się do baru uzupełnić kufle lub szklanki, bardziej śmiali zaczepiali znajdującego się niedaleko baru Marceau, a pozostali zaczęli zajmować sobie miejsca pod sceną. Yann Tiersen z zespołem rozpoczął koncert pomiędzy grubo po 19.00.
Muzycy bez zbędnych wstępów wyszli na scenę i zaczęli grać. W pierwszych chwilach po raz kolejny tego wieczoru przyszło mi do głowy pytanie Ale o co chodzi?. Okazało się bowiem, że podczas koncertu Yann z zespołem zagrali głównie utwory ze swoich ostatnich płyt Dust Lane i najnowszej Skyline, które odbiegają stylistyką od wcześniejszych płyt jak Le Phare czy LAbsente. Podczas koncertu muzycy wykonali m.in. singiel z nowej płyty Monuments, Im gonna live somehow, The Gutter, Amy, Ashes a także piosenkę miłosną (określenie twórców) Fuck me. Koncertu słuchało się wspaniale, co działo się na scenie trudno stwierdzić, albowiem przez większość występu miałam przymknięte powieki. Rozejrzawszy się kilka razy wokół mogłam stwierdzić, że nie byłam w tym odosobniona.
Koncert skończył się przed 21.00. Nie obyło się bez bisu, na który zespół kazał jednak publiczności trochę czekać. Stwierdzam na podstawie tego, że od klaskania zaczęły boleć mnie ręce (i ochrypłam). Ale było warto.
Nie wiem, czy słowami da się opisać ten koncert. Muzycznie była to prawdziwa uczta, zespół zahipnotyzował publiczność. Podczas opuszczania klubu dało się słyszeć podekscytowane głosy na temat tego, jaka niesamowita energia była w tym występie.
Osobiście poszłam tam posłuchać Tego od Amelii a wyszłam jako fanka Yanna Tiersena. Zdecydowanie polecam ostatnie płyty artysty. Od weekendu jestem oficjalnie uzależniona.