Wielbieni za niezobowiązujące melodie (przez fanów), negowani za pretensjonalność i przesadę (przez całą resztę). Królowie grafomanii, mistrzowie pop rocka. Tacy brytyjscy, a jednak to Polacy. Mowa oczywiście o Myslovitz.
Zespół ponownie zawitał do Krakowa, by zagrać pierwszy koncert w ramach trasy promującej najnowszy album grupy Nieważne jak wysoko jesteśmy nawiązujący do najbardziej alternatywnego, a zarazem najlepszego okresu w historii grupy. Oczekiwania były więc spore i tak punkt 21.00, piątka muzyków, dowodzona przez charyzmatycznego Artura Rojka, pojawiła się na scenie klubu Studio.
Zaczęli spokojnie - od Wieży Melancholii, aby zaraz potem zaatakować zebraną publiczność istnym gitarowym apogeum, przypominającym najlepsze czasy shoegazingu z lat 90. Hałas niemiłosierny, z którego przebijały się niezapomnianie melodie Za zamkniętymi oczami, inspirowany prozą Anthonyego Burgessa Bar Mleczny Korova czy zagrana dwa razy szybciej, mocniej i głośniej niż na płycie Peggy Sue nie wyszła za mąż. Święto rockowej muzyki potęgowało zachowanie muzyków, którzy skacząc, krzycząc lub rzucając się po scenie raz po raz udowadniali, że zespół jest w świetnej (przynajmniej fizycznej) formie.
Niestety, po tak genialnym początku zespół postanowił zaserwować wszystkim zgromadzonym niespodziankę i zagrać całość materiału z nowej płyty. Nie byłoby w tym nic złego (płyta jest bardzo dobra), gdyby nie fakt, że piosenki zostały odegrane po kolei - tak jak na albumie, słowo w słowo, nuta w nutę. Żebyśmy dobrze się zrozumieli, jestem zagorzałym fanem promowania nowego materiału na żywo, ale nie w tak banalny sposób -
w pewnym momencie rutyna muzyków była nie do zniesienia, a oni sami wyglądali tak jakby grali za karę. Odbiło się to tym samym na zachowaniu publiczności, która albo
z niedowierzaniem patrzyła na to, co się dzieje na scenie, albo oddała się innym absorbującym zajęciom- rozmowom ze znajomymi, zamawianiem piwa itp. Sytuacji nie uratowały zagrane na koniec Myszy i ludzie i Sprzedawca marzeń, który wybrzmiał już, gdy większość osób stała w kolejce do szatni.
Myslovitz pokazał w Krakowie nie tylko dwa oblicza - facetów uwielbiających swoje hobby
i muzyków nienawidzących swojej pracy (promowanie nowego materiału), ale przede wszystkim udowodnił, że nie ma rzeczy niemożliwych i że tak naprawdę można zepsuć nawet najlepszy koncert.