 |
| fot. Wojtek Dobrogojski |
Jeśli ktoś uważa, że kariera Roberta Planta skończyła się wraz z rozpadem grupy Led Zeppelin, a późniejsze dokonania to już tylko pozbawione wartości odcinanie kuponów od dawnej sławy, to ostatni koncert w Warszawie zmusza do zrewidowania tych poglądów. Artysta śpiewał niemal jak za dawnych lat, na najwyższym światowym poziomie, a reszta jego zespołu - The Band of Joy nie ustępowała mu talentem.
Legendarny wokalista emanował niespożytą energią, charyzmą i poczuciem humoru, jak gdyby chciał pokazać, że tu i teraz ma do zaoferowania nie mniej niż w latach siedemdziesiątych. Miało się nawet wrażenie, że jego głos brzmi nawet lepiej, niż na zagranym z Jimmym Pagem w 1994 roku słynnym koncercie No Quarter.
Nie da się ukryć, że Plant zebrał w The Band Joy muzyków być może mało znanych, ale z pewnością niezwykle utalentowanych. Wszyscy członkowie zespołu prezentowali niezwykłą sprawność w posługiwaniu się swoimi instrumentami, większość również niemały talent wokalny. Gitarzysta i producent Buddy Miller grał na poziomie najlepszych na świecie, zachowując jednak w grze swój własny styl i charakter. Zjawiskowa Patty Griffin, stanowiąca drugi najważniejszy wokal w zespole, umiejętnościami z pewnością nie ustępowała frontmanowi grupy, miała też nie mniej uroku.
Ci, którzy przyszli na koncert posłuchać starych przebojów Led Zeppelin mogli być nieco zawiedzeni, gdyż zagrano ich tylko sześć, w dodatku w innych aranżacjach i pomijając otwierający koncert Black Dog, nie były to najbardziej znane utwory grupy. Sporo za to było kawałków z wydanego w zeszłym roku albumu The Band of Joy, które bardzo zgrabnie łączyły się z nowymi wersjami utworów legendarnego zespołu z Londynu, tworząc spójną, bardzo atrakcyjną całość.
Gdyby nieszczególnie entuzjastyczne reakcje widowni, nie obraziłbym się na wydanie płytowe tegoż koncertu. Swoją drogą, czy nie można było na płycie Torwaru zamiast krzesełek pozostawić wolnej przestrzeni, by tańczyć i skakać?
Tak czy inaczej Robert Plant z zespołem dał koncert godny swojej wielkiej artystycznej przeszłości. Zagrał i zaśpiewał tak, jak robi to tu i teraz. I to tu i teraz zdaje się bardzo mu podobać. Mi również.