Koncerty Heya nigdy nie przypominały hollywoodzkich superprodukcji - muzycy grupy zdecydowanie przekładają precyzję, skupienie i tworzenie klimatu nad szybką akcją czy sceniczne fajerwerki. Rocknrollowymi zwierzętami nazwać ich raczej nie można. Do tego ten niemal ikoniczny bezruch Kasi Nosowskiej
Niestety, po raz pierwszy ta kameralna formuła nie zdała egzaminu. Głównie za sprawą nagłośnienia, które skutecznie zagłuszyło starania zespołu, stając się jednocześnie antybohaterem wieczoru. Aż dziw bierze, że kilka dni wcześniej w tym samym miejscu odbył się fantastyczny koncert brytyjskiego Lamb, gdzie słychać było każdy, nawet najdelikatniejszy i najbardziej subtelny dźwięk. Tym razem było inaczej - prawie przez cały występ atakowani byliśmy mało selektywnym brzmieniem, w którym tonął głos wokalistki - konia z rzędem temu, kto wie, co śpiewała Kasia w Umieraj stąd. Podobny los spotkał Faza delta ( zwłaszcza druga część utworu ) i Luli Lali, z którego wyłapałem tylko słowa tytułowe. Najgorzej było jednak w utworach anglojęzycznych, gdyż do fatalnego nagłośnienie dochodził jeszcze słaby angielski Nosowskiej. Naprawdę, myślałem, że gorzej od Artura Rojka w języku wyspiarzy śpiewać się nie da
Na szczęście, gdzieś w połowie koncertu, głos Kasi zaczął przebijać się przez resztę instrumentów i od razu zrobiło się ciekawiej.
Większość numerów - szczególnie z tych okresu pobanachowego - dała się poznać od ostrzejszej, bardziej gitarowej strony, a schowana przez cały koncert za muzykami Nosowska w charakterystyczny dla siebie sposób przechodziła od śpiewu do prawie - wrzasku, osiągając mroczno-demoniczny efekt w Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!. Bardzo dobrze wypadły także Muka i, moim zdaniem najlepsza polska piosenka ostatnich 20 lat, [sic], przy której publiczność poddała się w końcu heyodźwiękom. A tych, co opierali się najdłużej, na łopatki rozłożył zagrany mniej więcej w połowie koncertu Teksański - ewidentnie najmocniejszy punkt programu.
Set podstawowy zakończył Vanitas, po którym Kasia podziękowała wszystkim za przybycie i Hey zniknął ze sceny. Długo jednak nie trzeba było ich prosić- chwilę później heyowa publiczność dostała najlepszy prezent. Czyli kwartet, jakich mało Boję się o nas, Cisza Ja i Czas, Schizophrenic Family oraz Moja i Twoja Nadzieja.
Podsumowując, bardzo nierówny koncert, który w ostatecznym rozrachunku oceniam na, używając terminologii szkolnej, dostateczny. Mimo to dalej uważam, że Hey to obok kończącego karierę Cool Kids Of Death ( Pati Yang i Poise Rite nie liczę, bo to bardziej wykonawcy brytyjscy niż polscy) najlepszy polski zespół, i jestem przekonany, że przy następnym naszym spotkaniu poprawią wyżej wystawioną ocenę.