Nowa płyta Radiohead jest niczym jesienny spacer po parku. Relaksująca, lekko

melancholijna, skłaniająca do refleksji i przemyśleń. Aż tyle i tylko tyle oferuje nam Tom Yorke z kolegami na krążku zatytułowanym
In Rainbows
. Z całą pewnością krążku nietypowym, tak samo pod względem artystycznym jak i marketingowym. Ale czy w przypadku tak wielkiego zespołu, jakim jest Radiohead to wystarczy? Moim zdaniem nie do końca.
Na początek słów kilka o sposobie sprzedaży Tęczowego albumu. Można go było pobrać ze strony internetowej zespołu w formacie Mp3. Za darmo, bądź wpłacając dowolną kwotę pieniędzy.. Urocze nieprawdaż? Żadnych wytwórni płytowych, fonograficznych, krzykliwego, nachalnego marketingu itp. Rezultat? 300.000 sprzedanych płyt w jeden dzień! Niesamowite. Zastanawia jedynie fakt, że na taki typ sprzedaży swojej muzyki, ( który przyniesie oczywiście sukces finansowy ), mogą sobie pozwolić nieliczni. Najpierw trzeba mieć na rynku wyrobioną markę, zdobyć zaufanie słuchaczy itd. Poza tym, nie ma to jak stary dobry srebrny krążek w plastikowym opakowaniu wraz z książeczką w środku i lirykami. Dlatego dla tych, którzy tak jak ja, są dość sceptycznie nastawieni do klimatów empetrójkowych, w grudniu zostanie wydana specjalna wersja CD oraz wersja winylowa.
Tyle o sprawach technicznych, czas zająć się sednem sprawy, czyli zawartością In Rainbows. Podobnie jak przypadku poprzednich wydawnictw Radiogłowych, mamy do czynienia z rozbudowanymi, intrygującymi i oryginalnie brzmiącymi kompozycjami. Album otwiera utwór 15 step, który jest bardzo charakterystyczny dla ostatnich poczynań Anglików. Sample są tu wysunięte na pierwszy plan ( coś z klimatów solowego wydawnictwa Yorkea ), w tle pojawiają się gdzieniegdzie gitary. Do tego dość żywe tempo i wciągająca...no właśnie, chciałem napisać- melodia, ale w przypadku Radiohead i In Rainbows o jakiś wyrazistych partiach melodyjnych mowy raczej być nie może. Muzycy zrobili niemal wszystko, żeby ich piosenek nie dało się zanucić ( wyjątkiem są jedynie potencjalne przeboje, takie jak All I Need i House Of Cards ). Efekt tych poczynań jest dość ciekawy, chociaż, żeby odkryć prawdziwe oblicze tej płyty, trzeba ją przesłuchać porządnie z kilka razy. Jest ona dość trudna w odbiorze i początkowo może odpychać swoją nieprzystępnością- to fakt, ale po jej zgłębieniu, czeka nas prawdziwa muzyczna uczta. Czy to za sprawą tanecznych niemal kawałków takich jak Bodysnatchers czy ballad w rodzaju Nude, All I Need oraz Faust ARP z piękną partią wiolonczeli i gitary akustycznej w tle. Czegoś jednak, pomimo tych wszystkich wymienionych przeze mnie plusów, na tej płycie brakuje. Mianowicie- mocnego punktu. Wyrazistego, solidnego kawałka, który pokazałby jednoznacznie: oto Radiohead A.D. 2007. Zamiast tego mamy 10 kompozycji, które spokojnie znalazłby dla siebie przytulne miejsce na Hall Of The Thief czy Amnesiac. Zabrakło eksperymentu, świeżości i artystycznego ryzyka...ale jak pisałem już kiedyś, O.K. Computer nagrywa się tylko raz na sto lat, co nie oznacza, że można nagrywać albumy, próbujące sięgnąć tego muzycznego ideału.