Lubię zespoły, które eksperymentując z tworzoną przez siebie muzyką, wychodzą poza utarte i wydeptane do szarości schematy. Efekty takich poczynań kończyć się mogą różnie, jednak

odwaga i nie udawana radość tworzenia czegoś nowego przez poszczególne kapele , budziła we mnie zawsze szacunek. Plateau jest właśnie takim
wywrotowym
bandem, który po wydaniu pierwszej płyty, postanowił skręcić nieco w inną stronę. Niekoniecznie prostą i prowadzącą do jasno określonego celu, ale na pewno kolorową i pełną niespodzianek.
Nie dość, że Mistrz tupetu... ociera się o konwencję koncept albumu, co w naszej rodzimej muzie jest rzadkością, to na dodatek stwarza dzieło na tyle nie typowe i oryginalne, że powinno na stale wpisać się w karty historii polskiej muzyki rockowej. Rockowej ? No może nie do końca, bowiem płyta przesiąknięta jest pozytywnym disco-punkowym klimatem ( Żyletka, Zupa ). Do tego pojawiają się wtręty ska-punkowe ( Nie lubię , Igorek ), ballada ( Nic nie pachnie jak ty ) czy kiczowaty pop w stylu: boysband zmiksowany z Modern Talking ( Anna Gold ). Czyli generalnie jest dość barwnie i lightowo. Do tego dochodzą przepełnione sarkazmem i inteligentnym humorem teksty, które w większości rozprawiają się z polskim show biznesem. I tak np. bohatem Starego śpiewaka może być zarówno Krzysztof Krawczyk jak i Kazik Staszewski, który Na scenie już od tylu lat i nie może sam z niej zejść. W Annie Gold zespół drwi z nowego typu żeńskich gwiazdeczek, które swą popularność nie zawdzięczają artystycznym uzdolnieniom, a raczej temu, że Fakt opisuje ich nowy nos. Natomiast Bal u producenta obnaża do bólu mechanizmy wydawania i promocji artystów w naszym kraju... Nic dziwnego, że w takim świecie można poczuć się jak w jakimś cyrku.
Ale Plateau ze sporym dystansem i ironią opisują także swoje własne, skromne osoby. W Nie lubię pozornie będący wyliczanką gustów wokalisty, można doszukać się dość treściwego przekazu, a Jestem sobą rozbraja szczerością wyznania: Jestem sobą, choć czasem udaję, jestem dobry, lecz nie zawsze, nie, bo ja zwykle dumny jestem, choć żałosny bywam też. Całkiem na poważnie jest nagrana jedynie ballada Nic nie pachnie jak Ty, gdzie udało się zespołowi uniknąć kiczu i pretensjonalności, które to cechy dość często goszczą na tego typu utworach. Ogólnie całość albumu jest utrzyma w cyrkowo-kabaratowym klimacie. Pomiędzy utworami słychać trąbki, oklaski, czyli całą cyrkową specyfikę. Jednak nawet ta luzacka, i co ważne, świadoma poza ma swoje granice i jest jakby jedynie makijażem ukrywającym dość smutną, czy nie żałosną wręcz prawdę o naszym świecie i o nas samych.
Bezczelna jest ta płyta. Wyśmiewa, naigrywa się i nie odpuszcza nikomu z muzycznego świadka. Daje sporo do myślenia a swoje przesłanie serwuje w dość przystępny i radosny sposób. Trzeba podejść do Mistrza... z dużym dystansem, bowiem zespół wyraźnie puszcza do nas oczko, a głupio było by nie dać znaku, że rozumie się żart.