J.D. Overdrive: 'Sex, Whiskey & Southern Blood'

Nigdy nie mogłem się do J.D. Overdrive przekonać. Nie porwał mnie ani ich koncert przed Black Label Society, ani ostatnio wypuszczony teledysk do numeru
Ballbreaker
promującego pierwszy longplay zespołu. Do tego JDO jest przez niektórych uparcie określane jako stoner (czego nie dementują sami muzycy doszukując się stonera w Panterze). Dlatego sięgając po płytę
Sex, Whiskey & Southern Blood byłem pełen obaw. Niestety, potwierdziły się.
Fanów stoner rocka / metalu z góry uprzedzam, że koło stonera to nawet nie leżało, Sabbathów nie zna, a za psychodelę uważa stan po spożyciu zbyt dużej ilości whiskey. Muzykę JDO najłatwiej podciągnąć pod southern metal. W dodatku do bólu wtórny. Odnoszę wrażenie, że jedynym przejawem kreatywności zespołu było zmiksowanie riffów wymyślonych przez Down, Black Label Society, Rebel Meets Rebel, czy Panterę, podlanie odrobiną Godsmack i zaprawienie wokalami ala Anselmo przyprawionymi hetfieldowym zaciąganiem (swoją drogą to jedna z najbardziej oklepanych manier wokalnych w muzyce metalowej nie wiesz jak zaśpiewać? Pojedź Hetfieldem!). Wszystko to już kiedyś słyszałem, a słuchając płyty po raz pierwszy niemal wiedziałem jak brzmieć będą kolejne nuty, takty, utwory. Nuda, panie!
Po dłuższym obcowaniu z materiałem muszę stwierdzić, że JDO jednym, uchem wpada, drugim wypada. Na płycie nie ma ani jednego riffu, który zostałby w głowie na dłużej, nie ma żadnego mocniejszego punktu, który przyciągnąłby uwagę słuchacza na tyle, żeby do płyty wrócić. Są za to numery, których wolałbym nigdy w życiu nie usłyszeć, jak na przykład cover Purple Haze Hendrixa, czy cholernie męcząca zamykająca album akustyczna ballada Into The Same River.
Brzmienie płyty również nie rzuca na kolana. Chociaż jest wyraźne, selektywne, to jednak kompletnie bez jaj (nie dajcie się zwieść tytułowi płyty!). Zdecydowanie zbyt wymuskane jak na takie granie.
Podsumowując, zamiast krwistego steka podlewanego bourbonem, dostałem odgrzewane mielone zakrapiane perfumą i grzecznych chłopców pozujących na pijanych rednecków z południa USA. I tylko dziwić może fakt, że zespoły wtórne, jak J.D. Overdrive, podpisują umowy z dużymi wytwórniami, podczas gdy naprawdę dobre kapele gnieżdżą się po piwnicach, grają dla garstki znajomych i w najlepszym wypadku wydają się same.