Rozwiązanie formacji Neolithic, okazało się początkiem istnienia nowej supergrupy, bo tak można śmiało powiedzieć o Black River. Na wokalu Maciej Taff (Rootwater), wiosła Piotr Kay Wtulich (Neolithic) i Artur Art. Kempa (Soulburners), na basie Tomasz Orion Wróblewski (Behemoth) oraz Dariusz Daray Brzozowski (Dimmu Borgir) za perkusją.
Po nagraniu dwóch albumów, debiutanckiego Black River i BlacknRoll, przyszedł czas na podzielenie się z fanami tym, co na wyżej wymienione krążki nie trafiło. Jak sama nazwa wskazuje, krążek Trash jest wypełniony odpadami z sesji nagraniowych, które z różnych względów, nie zmieściły się na pełnych albumach. Dodatkowo mamy tutaj dorzucone trzy numery w wersji live, zarejestrowane podczas koncertu w warszawskim klubie Stodoła oraz akustyczną i orkiestralną wersję hitu Free Man.
Krążek otwiera instrumentalny Desert Rider. Jest klimatycznie, momentami wręcz stonerowo, tak samo zresztą jak w Unlucky In Hell. Z nowych kawałków mamy szybkie, dynamiczne Out Of Control, doskonały na koncerty Liar, bardzo agresywny, dzięki podwójnej stopie American Way, pokręcony Symmetry ze świetnymi wokalami Taffa, którego choroba postawiła pod znakiem zapytania dalsze losy grupy.
Nie można traktować tego albumu jako pełnoprawne wydawnictwo. Sprawdza się za to doskonale jako uzupełnienie dyskografii warszawiaków. Nie ma tu nic, co by zaskoczyło słuchaczy znających ich poprzednie dokonania. Zespół nie ma się jednak czego wstydzić, bo na Trash jest wszystko to, o czym mówi Kay: Tu nie ma miejsca na tandetę i plastik. Jest garaż, brud, syf i lampa.