Atak młodości ze Stanów Zjednoczonych. Metro Station. Czwórka chłopaków, która nagrała album o jakim śniły miliony. Album, który zmieni również wasze życie. Na gorsze...
O jakie miliony chodzi? Miliony dwunasto, w porywach trzynastolatek, które będą upuszczać sobie krwi dla ukochanych idoli z przydługimi grzywkami. Metro Station to jest bowiem nieco spóźniona, amerykańska odpowiedź na Tokyo Hotel, ale nie trzeba być wielkim prorokiem, by stwierdzić, że to też się sprzeda.
Sprzeda się, bo chłopcy wyglądają ładnie, są umyci, uczesani, a do tego z lekko rozpiętą koszulą lub delikatnym zarostem na twarzy świadczącym, że mamy do czynienia z prawdziwymi buntownikami. Sprawa właściwego odbioru wizualnego zatem załatwiona. Potrzebna jest teraz skuteczna promocja. W tym akurat chłopcy są rewelacyjni. Właściwie jeden z nich. Panie, panowie! Wokalista i gitarzysta grupy, Trace Cyrus! Bardziej znany jako brat TEJ(!) Miley Cyrus (ten kto nie wie kto to jest, jest starym próchnem po dwudziestce!). W tym momencie debiutancki krążek ma zapewniony popyt na co najmniej platynową płytę w Stanach Zjednoczonych. Jeszcze czegoś brakuje do szczęścia? Aha...zawartość płyty...
Ważne, żeby muzyka była zgodna z panującymi trendami, a do tego przebojowa i skoczna. Dzieciaki muszą się przecież przy czymś bawić na balach absolwentów w amerykańskich highschoolach. Metro Station idealnie te standardy spełnia. Mamy do czynienia z melodyką N'Sync lub, cofając się do korzeni gatunku, Backstreet Boys. Do tego absolutnie na czasie, synth popowe aranżacje i mamy przed oczami nowych zbawicieli muzyki!.
Jeśli naszym targetem jest młodzież do siedemnastego roku życia, to i teksty muszą być odpowiednie, takie... o życiu. Mimo usilnych starań, inspiracji twórczością Boba Dylana nie znalazłem. Mamy za to opis życia prawdziwego amerykańskiego nastolatka, jego problemów, rozterek czyli... relacji damsko - męskich ("Odprowadzę cie do domu, jeśli nie zostawisz mnie pod drzwiami..." - Shake It). Nad całością jednak góruje jakże głęboki refren "Wish We Were Older" ("Whoa-e-oh-e-oh-oh Oh-e-oh-e-oh-oh..."). Momentami jednak można wyczuć pewną niekonsekwencję. Raz chłopcy śpiewają, że zawsze chcieli by mieć siedemnaście lat ("Seventeen Forever"), a raz, że właściwie to woleliby być starsi (wspomniany "Wish We Were Older"). Konsekwencji jednak trudno wymagać, od zespołu młodzieżowego, którego lider przekroczył magiczną barierę dwudziestu lat, a najstarszy członek grupy ma niemal trzydzieści...
Reasumując, płyta ta świetnie sprawdza się tam gdzie nie trzeba jej słuchać, czyli na imprezach... W innych okolicznościach może służyć jako podkładka pod kubek z kawą lub dekoracja choinki świątecznej. Inaczej mówiąc: zakup zbyteczny.