Swashbuckle! Thrashing Back From Somalia! Back To The Noose!
Te entuzjastyczne okrzyki zostały spowodowane wysłuchaniem płyty zespołu, który ma szanse stać się spadkobiercą nieodżałowanych Running Wild i M.O.D. A może także Deicide?
Zapewne wielu z Was pamięta szalone plażowe imprezy Billyego Milano i spółki oraz armatnie salwy RockNRollfa. A gdyby unosił się nad nimi duch Glena Bentona? Właśnie tego będziecie mieli okazję posłuchać na płycie Swashbuckle. Mimo iż Panowie są ubrani w gustowne stroje z epoki, gdzie piraci wiedli sielankowe życie, muzycznie już dawno odkryli Amerykę.
Jest to jedna z tych płyt, która swoją okładką potrafi wprowadzić przeciętnego słuchacza w błąd. Nie sądzę żeby ten album nabył fan hardcorea. Jeśliby jednak się skusił, nie byłby rozczarowany. Machanie głową ze szklaneczką rumu w dłoni to jest to. Słychać na tym krążku wiele nawiązań do twórczości Agnostic Front i Sick Of It All. Jest szybko, konkretnie i do przodu. Zdarza się tutaj również niczego sobie blast, a także fajny rocknrollowy riff. Poparty groźnym pirackim ryczeniem.
Płyta nie jest nudna ani monotonna. Między kawałkami często usłyszycie akustyczne wstawki rodem z Karaibów. Johnny Deep byłby zachwycony. Sądząc po zdjęciach zespołu i filmikach na oficjalnej stronie MySpace wszystko jest możliwe.
To jest taki muzyczny kabaret, który w obecnych czasach ma małe szanse na osiągnięcie sukcesu. Nie zmienia to jednak faktu, że słucha się tego znakomicie. Szkoda, że tylko przez dwie salwy.