
Nowa płyta Indiosów przynosi ogromne zmiany stylistyczne. O samego początku słychać, że chłopaki już mocno wydorośleli, dodatkowo idealnie wpasowując się w ramy teraźniejszości już nieco upadającej mody na reggae. Tak więc mamy tu doczynienia z nowym stylem, połączonym z starymi naleciałościami. Nie da jednak się tej muzyki zamknąć z paru słowach, tak więc i ów recenzja to tylko namiastka tego co kryje krążek - tego trzeba posłuchać.
Początek jest bardziej niż zaskakujący. A kiedy dnia pewnego rozpoczyna lekkim bluesującym riffem. Szybko później dochodzi cała masa instrumentów takich jak m.in. genialne klawisze rodem ze spodkowych koncertów. Od pierwszych momentów słychać wyraźnie zabieg polegający na nagraniu wszystkich partii na żywo bez sesyjnego zakłamywania. Utwór lekko buja aż do następnego Piekło z niebem. Druga pozycja przynosi znane nam jasne gitarowe plumkanie i równoległe wokale. Jest to sztandarowy przekaz nowego stylu Indios Bravos. Wyraźnie więcej w nim klasycznego reggaeowego ducha który w poprzednim kawałku był nieco w backgroundzie. Już tutaj słychać ciekawe teksty o nieco innym podłożu niż na wcześniejszych płytach. Końcówka znowu zaczyna królować bluesowymi zagrywkami przechodząc na stare dobre śmieci pt. Na początku jest najłatwiej. Rządzą tutaj lekkie subtelne gitary i klasyczny beat. Dopiero w tym numerze czuć naprawdę głęboki bas, który urzeka swoją prostotą. Idąc kolejno, mamy mieszania ciąg dalszy. Początek Ja to ty przygrywa ciekawą afrykańską perkusja stworzoną jakby z puszek i butelek nadających się tylko do recyklingu. Dalej to już czysty blues. Gutek śpiewa niczym Rysiek Riedel, a instrumenty konsekwentnie grają Dżemowe patenty i mimo, że mi podoba się bardzo taki zabieg, to jestem pewien że już znalazło się grono przeciwników tej muzyki. Jedno co mi się nie podoba na tej płycie, a już zdecydowanie przeszkadza w Tanie gadanie, to zbyt wyeksponowany wokal. Ponadto mamy tutaj charakterystyczny riff nieco przypominający pomysły zespołu Wilki, do którego (tak jak w przypadku refrenu) nie mogę się przekonać nawet po trzecim przesłuchaniu. Sytuację natomiast ratuje bardzo zgrabna i ciekawie zagrana indiańska końcówka. Szóstka, czyli Dziś to wiem prezentuje dla odmiany spokojne balladadowe granie z butelkową gitarą w tle kolejnego świetnego tekstu na pewno jest to jedna z najlepszych kompozycji na krążku. Melancholijne tematy gitarowe do chodzą do wielkiej ekspresji całego instrumentarium podwajając wartość tego numeru. Stary pan czas to pierwszy na płycie prawdziwie beztroski element muzyczny. Ten krótki przerywnik szybko wrzuca na tapetę motywy country i odniesienia do śmiesznych piosenek Majki Jeżowskiej. Przymykając oko na tą dygresję, przechodzimy sprawnie do Dzień dzisiejszy. Historia zawarta w tekście idealnie wpasowuje się w kolejną mieszankę reggae i bluesa. Znów możemy wychwycić parę ukłonów w stronę Dżemu. W drugiej części utworu muzycy wplątują nawet spore kawałki jazzowej progresji. Wyjątkowo ważna wyraźnie odnosi się do piątej pozycji. Początkowo muzycznie jest bardziej klarownie. Dźwięki spokojnie płyną pozwalając nam w stu procentach przykuć naszą uwagę na bardzo emocjonalnym tekście. Zwolnione tempo wyhamowuje jeszcze bardziej atmosferę, idealnie tworząc całość z chyba najlepszą pozycją w tym materiale, czyli Nie wiem. Całość tego utworu jest idealnym połączeniem rytmicznych wokali, jazzowej perkusji i płynących gitar oraz wszelkich delayów.
Na pewno trzeba tej płyty posłuchać. Zawiera ona w sobie masę osobistych treści, które z łatwością można przenosić na własną rzeczywistość. Watro również odkrywać nowe dźwięki i pomysły formacji, także ze względu na to że zespół stał się już dawno jednym z sztandarowych w naszym kraju. Mimo paru niedoskonałych pomysłów, na pewno przez większość płyty będziecie się cieszyć tak dużą porcja muzyki z pod znaku Indios Bravos. Pozostaję mi tylko życzyć miłego słuchania.
A.W.