Początki grupy Kremlowskie Kuranty sięgają 1986 roku. Nietrudno zatem wyliczyć, że zespół istnieje już 22 lata. Zespół zaczynał od klasycznego punku spod znaku The Clash, The Damned, Chalsea czy Ramones. Wprawdzie minęło sporo czasu od napisania pierwszych piosenek, ale zespół zdaje się być nadal wierny swoim młodzieńczym inspiracjom.
Miałem nadzieję, że w większości z 12 piosenek słychać ten dawny punkowy zadzior charakteryzujący przeszłość kapeli i fascynację latami 60. Nie ma jednak żadnego ostrego walenia w instrumenty przy użyciu czterech akordów na krzyż ( to w sumie plus ). Jest jednak monotonne i mdłe brzdąkanie ( czego do plusów zaliczyć nie można ). "Na płycie usłyszymy nastrojowe, damsko-męskie wokale, brzmienie gitary akustycznej, a nawet skrzypiec, które to już wcześniej pojawiały się na płytach Kurantów" - taką informację możemy znaleźć na oficjalnej stronie zespołu. W rzeczywistości to nieco infantyle, beztroskie piosenki ( "Bliżej nieba", "Gdzie są kwiaty" ), które kontrastują z bardziej refleksyjnymi jak utwór tytułowy, który otwiera płytę, i lekko odstaje od pozostałych piosenek ( wraz z "Tylko popatrz", które kojarzy się z Sonic Youth ). Resztę natomiast możnaby spiąć klamrą "przyjemny poppunk". Nie ukrywam, że po zespole z takim doświadczeniem spodziewałem się czegoś więcej.
Rzecz jest wydana w całkiem ładnym digipacku, nieźle wyprodukowana, choć czasem słychać trochę ( zapewne zamierzonego ) brudu i nieładu. Ale nie widzę zbyt wielu innych plusów tego albumu. Może piosenka tytułowa zasługuje na uwagę, naprawdę przyjemnie kontrastuje z resztą utworów.
Krażek jest monotonny, prosty, brzmi jakby nagrała go grupka amatorów. Wiązanka słabych utworów i niewiele poza tym. Naprawdę nie wiem jaka grupa odbiorców zainteresuje się najnowszym "dziełem" Kremlowskich Kurantów. Harcerze ? Fani Happysad'a ? Chyba jedynie przyjaciele i rodzina samych muzyków.